Częstochowskie obchody 74. rocznicy Powstania Warszawskiego

W środę, 1 sierpnia, odbyły się częstochowskie uroczystości upamiętniające 74. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Obchody rozpoczęła Msza Św. w kościele Najświętszego Imienia Maryi. Mszę odprawił oraz homilię wygłosił ks. Mariusz Bakalarz. Duchowny zwrócił uwagę na ponadczasowy wymiar kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego.  – Dzisiejsza uroczystość to nie tylko historyczne wspomnienie, tym bardziej, że są jeszcze pomiędzy nami Ci, którzy są częścią tej historii. Powstanie Warszawskie uczy nas przede wszystkim miłości. Przecież to nie sentyment powstańców do murów miasta popychał ich do walki, a miłość do Ojczyzny, Narodu i własnej tożsamości. Lekcja może tym ważniejsza, gdy tak wielu wstydzi się dzisiaj polskości  – mówił w homilii ks. Mariusz Bakalarz.

Następnie uczestniczki i uczestnicy przemaszerowali w aleję Sienkiewicza, pod Pomnik Nieznanego Żołnierza, gdzie odbyła się część oficjalna. Głos zabrał między innymi senator Artur Warzocha, który również zwrócił uwagę na ponadczasowy wymiar poświęcenia bohaterskich powstańców sprzed 74 lat.- Mieszkańcy Warszawy, kiedy wybiła godzina „W” rzucili się do heroicznej walki przeciw okupacji, która niszczyła nie tylko miasto, ale i całą Rzeczpospolitą. Okazali się wielkimi rycerzami, wielkimi obrońcami swojej stolicy i swojego ukochanego miasta. Na stałe zapisali się na kartach historii i weszli do panteonu największych bohaterów naszych dziejów, a przecież byli to zwykli, przeciętni ludzie – mówił senator Artur Warzocha.

W kolejnej części przedstawiciele formacji mundurowych, partii politycznych wraz z kombatantami oraz ich rodzinami złożyli kwiaty.Bohaterskich powstańców Warszawy uczczono także minutą ciszy.

Organizatorem uroczystości był  Światowy Związek Żołnierzy Amii Krajowej Okręgu Częstochowskiego oraz częstochowski magistrat.

W trakcie dwumiesięcznych walk o Warszawę straty wojsk polskich wyniosły ok. 18 tys. zabitych i zaginionych, 20 tys. rannych i 15 tys. wziętych do niewoli. Zginęło także około 180 tys. cywilnych mieszkańców stolicy. Powstanie zakończyło się 2 października 1944 roku.

Poniżej całość kazania ks. Mariusza Bakalarza:

Przewielebni Księża, Wielce Szanowni Państwo,

Proszę mi wybaczyć, że pominę wszelkie godności, tytuły, urzędy i funkcje. Gromadzimy się bowiem na Mszy świętej, w świątyni, przy Ołtarzu Pana, przy którym wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, dlatego zwrócę się do Was po prostu, ale szczerze: Bracia i Siostry!
Przed chwilą zabrzmiały syreny alarmowe, klaksony aut, kościelne dzwony. Po raz 74 wspominamy Godzinę „W”, moment wybuchu Powstania Warszawskiego. Chwila to pełna wzruszeń i wzniosłych uczuć. Nasze myśli biegną ku temu popołudniu 1 sierpnia 1944 roku. Wspominać dziś będziemy z imienia i nazwiska ludzi tamtego czasu, którzy powstali, by walczyć. Obok nich staną dziś tysięczne rzesze cywilnych ofiar. Tych znanych, i tych bezimiennych.
Proszę mi wybaczyć znowu, że to dzisiejsze kazanie nie będzie historycznym wykładem. Po pierwsze, nie czas to i nie miejsce, bo Eucharystia jest spotkaniem ze Słowem Boga i tym, co Pan chce nam przez nie powiedzieć. Po wtóre kościół nie jest akademicką aulą, a i ja nie jestem historykiem, by czuć się kompetentnym do wykładania dziejów Powstania. Przede wszystkim, zaś, jak mówić o historii, kiedy mam przed sobą tych, którzy nie tylko byli jej naocznymi świadkami, ale sami ją tworzyli. Ta zaś historia zapisała się nie na kartach książek i podręczników, ale w ich sercach, wspomnieniach, a nierzadko wyryła się bliznami na ich ciałach.
Postarajmy się zatem posłuchać, co dziś mówi do nas Bóg.
Kiedy stajemy wobec wieczności, musimy przyznać, że Bóg jest w istocie Panem dziejów, że „Jego jest czas i wieczność”. Wiedzieli to doskonale Izraelici, dla których Stary Testament, Księga Przymierza, był nie tylko zapisem dziejów ich narodu, historią wojen, kroniką zwycięstw, pochwałą wielkich władców i wspomnieniem bolesnych momentów. Historia narodu była świadectwem Bożego prowadzenia, opieki Opatrzności i przede wszystkim lekcją. Od najmłodszych lat Izraelici poznawali Święte Pisma, aby w ten sposób poznawać także swoją tożsamość, swoje korzenie, swoich przodków. Dziękowali Bogu za Jego opiekę, ale i za ludzi, których posyłał, by przewodzili Jego Ludowi. Za mądrych królów, świątobliwych kapłanów, odważnych wojowników i nieugiętych proroków.
Jest też w dziejach Izraela wydarzenie, które zapamiętano jako Powstanie Machabejskie” Oto w połowie drugiego stulecia przed Chrystusem Judea staje się areną walk pomiędzy dziedzicami Aleksandra Macedońskiego, Ostatecznie opanowana została przez Seleucydów. Wywodzący się tej dynastii Antioch IV Epifanes nakazał w miejscu najświętszym dla Żydów, w Świątyni Jerozolimskiej, wybudować ołtarz ku czci Zeusa, a specjalni urzędnicy mieli nadzorować obowiązek składania mu ofiar przez wszystkich Żydów. Na czele buntu stanął Matatiasz, a po nim jego syn – Juda Machabeusz. Wzniecili powstanie, które po ludzku skazane buło na klęskę. Stanęli wobec potęgi, której nie byli w stanie dorównać. Rodzi się więc pytanie: dlaczego?
Zapewne słyszeć będziemy dziś i przez najbliższe dni wiele komentarzy i opinii na temat Powstania Warszawskiego. Usłyszymy także, że było niepotrzebne, wręcz głupie. Że było zrywem romantyków, skazanym na porażkę. Są i tacy, którzy powstańców nazywają samobójcami, a przywódców powstania obarczają winą za tysiące niewinnych ofiar. Usłyszymy zapewne, że mamy niezwykłą skłonność do celebracji naszych narodowych klęsk, że rozdrapujemy rany przeszłości, zamiast żyć tym, co dziś i patrzeć w przyszłość.
Zapytać można dlaczego Matatiasz i Juda Machabeusz porywali się na walkę bez nadziei zwycięstwa? Dlaczego powstawali, choć przewaga wroga była miażdżąca? Czy nazwiemy ich idealistami, fundamentalistami lub szaleńcami?
Tych ludzi do walki porwała miłość. Miłość do swego narodu, któremu zabierano tożsamość, wyrywano wolność. Miłość do swego Boga, którego świątynię sprofanowano, a wiernym kazano składać bluźniercze ofiary. Czy nie dostrzegamy tu pewnej szczególnej analogii?
Święty Jan Paweł II w Warszawie 9 czerwca 1991 w homilii podczas mszy Św. beatyfikacyjnej o. Rafała Chylińskiego mówił:
„Jeśli pamiętamy o tej wielkiej daninie krwi, jaką Warszawa tyle razy składała na ołtarzu miłości Ojczyzny, jawi się nam nasza stolica – zwłaszcza w chwilach podniosłych – jako Męczeńskie Sanktuarium Narodu. Męczeńskie Sanktuarium Narodu – tak nazwał Warszawę Prymas Tysiąclecia. Zauważmy w tym określeniu cały ciężar gatunkowy ewangelicznego Świadectwa. Męczennik – martyr – świadek. Świadek miłości, która jest większa od nienawiści. Bo przecież w naszym już stuleciu, podczas Powstania Warszawskiego, a potem po jego zakończeniu, stolica stała się widownią Śmiertelnego zwarcia pomiędzy heroizmem a bestialstwem – tak zatytułował swą powojenną książkę wielki filozof, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego ks. Konstanty Michalski, więzień Sachsenhausen. To, co wtedy działo się w Warszawie, było jakby ostatnim spiętrzeniem nienawiści, która przez kilka pokoleń starała się zniszczyć, dosłownie zniszczyć nasz naród. I oto ta Warszawa – Warszawa elekcji królów polskich, stała się w naszym już stuleciu miejscem innych jeszcze wyborów i rozstrzygnięć: między życiem a śmiercią, między miłością a nienawiścią. Przedziwny ciąg wydarzeń. Zapis dawny i zapis współczesny – jeden i drugi ważny dla dziejów narodu”.
Na warszawskich barykadach stanęli różni ludzie. Różnił ich wiek, wyznawali różne religie i światopoglądy, byli zwolennikami różnych politycznych nurtów, różne były ich wizje Polski. Zjednoczyła ich miłość. Ta miłość, o której napisał biskup Ignacy Krasicki:

Święta miłości kochanej ojczyzny,
Czują cię tylko umysły poczciwe!
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,
Dla ciebie więzy, pęta niezelżywe.
Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,
Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe,
Byle cię można wspomóc, byle wspierać,
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

Kronikarze zapisali, że gdy do Rzymu udali się polscy dostojnicy, aby prosić Papieża Piusa IX o święte relikwie, Ojciec Święty rzekł do nich: „Ściśnijcie garść ziemi polskiej, a wytryśnie krew męczenników”. Jakże boleśnie prawdziwe stały się te słowa, gdy zaledwie kilkadziesiąt la później Warszawa dosłownie spłynęła krwią, a pośród ruin pojawiły się przerażające lasy krzyży, znaczących miejsca pośpiesznych pochówków. Do dziś Warszawa pełna jest jeszcze nieodkrytych grobów oraz skrywa szczątki poległych wśród zrównanych z ziemią gruzów. Nie sposób przejść ulicami stolicy, by nie dostrzec ponad 360 miejsc upamiętnienia ofiar oraz tablic z prostym napisem: „Miejsce uświęcone męczeńską krwią Polaków poległych za ojczyznę”. A pod nimi liczby. Setki, tysiące.

Zginęli, bo kochali.

Dzisiejsza uroczystość, to nie tylko historyczne wspomnienie. Tym bardziej, że są jeszcze pośród nas co, którzy są żywą częścią tej historii. Jak dla pobożnych Żydów nasze wspominanie dziejów ma być wielką lekcją.
Czego nas zatem uczy Powstanie Warszawskie?

Uczy nas nade wszystko miłości. Przecież to nie sentyment do miasta, do murów, rodzinnych domów popychał powstańców do walki. To miłość do Ojczyzny, do Narodu i własnej tożsamości. Lekcja to może dziś tym ważniejsza, gdy tak wielu wstydzi się polskości, gdy łatwiej im powiedzieć o sobie, że są Europejczykami, czy obywatelami świata, niż Polakami.

Uczy nas także dzisiejsza uroczystość szacunku do tego, co było przed nami, bo: „Naród, który traci pamięć przestaje być Narodem – staje się jedynie zbiorem ludzi, czasowo zajmujących dane terytorium”, jak mówił Józef Piłsudski.
Uczy nas także dzisiejsze święto wielkiej siły ducha. Z podziwem patrzymy na bohaterów tamtych dni. Z wiarą, z entuzjazmem, mimo tego, iż zdrowy rozsądek mówił inaczej, szli do boju. Skąd u nich ta siła?
„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten święty Krzyż, znak męki i Zbawienia. Przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mego życia.
Prezydentowi Rzeczypospolitej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy dochowam niezłomnie cokolwiek by mnie spotkać miało.” – tak przysięgali żołnierze Armii Krajowej. Nie z idei, nie z politycznych wieców, nie z porywów romantycznych tęsknot była ta moc, ale z Boga.

Drodzy Bracia i Siostry,
Wybaczcie te myśli może niezgrabne i nieskładne, ale jak mówić o takich sprawach? Patrzę na kombatantów, dla których mogę być wnukiem. Patrzę na tych, którym wojna zabrała najbliższych. Jesteśmy w Częstochowie, która zapłaciła swą wielką cenę za pomoc Powstaniu.

Wobec takich ludzi, pozostaje z szacunkiem pochylić głowę. Wobec tej odwagi – podziwiać. Wobec okrucieństwa katów – błagać o miłosierdzie Boga. Wobec krwi męczenników – zamilknąć. Wobec tajemnicy Bożego prowadzenia w historii i Jego Opatrzności – chwałę oddać Panu wieków.
Amen.

PNP