Czas prymicyjnej radości

3 czerwca 6 diakonów przyjęło święcenia kapłańskie, a w niedzielę, 4 czerwca, już jako neoprezbiterzy odprawili w swoich rodzinnych parafiach Msze św. prymicyjne, a więc pierwsze samodzielnie sprawowane Eucharystie. W parafii Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej w Częstochowie zgromadzeniu liturgicznemu przewodniczył ks. Piotr Szeląg.

Na księdza rodaka parafia czekała 23 lata, bo właśnie tyle czasu minęło od poprzednich prymicji, które wówczas przeżywał ks. Jarosław Grabowski. – Prymicje to najważniejszy czas w życiu kapłana. Nie tylko tego neoprezbitera, ale wszystkich kapłanów, którzy wtedy gromadzą się razem z nim przy ołtarzu. Przypominamy sobie wtedy o wierności i trwaniu przy Chrystusie, wzorując się na gorliwości tego młodego księdza. Tego typu wydarzenia jak prymicje przypominają nam o źródłach, z których czerpiemy dla dobra wspólnoty Kościoła, dla wiernych, którzy potrzebują świętych duszpasterzy – tłumaczy ks. Grabowski.

Po uroczystej Mszy św., które kończy błogosławieństwo prymicyjne z nałożeniem rąk goście zaproszeni przez neoprezbitera udają się na zabawę, aby wspólnie cieszyć się z kapłaństwa. Dla niektórych takie wydarzenie jak wesele prymicyjne to nowość, o której wcześniej nie wiedzieli. Do takich osób zalicza się m.in. Wiktoria, która na prymicjach była po raz pierwszy. – Nie wiedziałam, że po święceniach kapłańskich jest coś takiego jak prymicja. Wiedziałam, że ksiądz sprawuje Mszę św., ale nie przypuszczałam, że jest też dobra zabawa, taniec i jedzenie. Było niesamowicie i już chciałabym pójść na kolejne takie wydarzenie. Księdzu prymicjantowi życzę tego, aby umierał jako kapłan – zauważa uczestniczka.

Teraz księża neoprezbiterzy zanim otrzymają dekrety posyłające ich na pierwsze placówki duszpasterskie sprawują Msze św. prymicyjne w różnych miejscach, m.in. zgromadzeniach zakonnych czy domach rozmaitych wspólnot w archidiecezji częstochowskiej.