Górskie pasje Przeora z Jasnej Góry

o_marian_waligora

O. Marian Waligóra jest przeorem Jasnej Góry od sierpnia 2014 roku. Urodził się 2 października 1966 roku w Jędrzejowie. Po ukończeniu Technikum Leśnego w Zagnańsku, w 1987 roku wstąpił do Zakonu Paulinów. 18 czerwca 1994 roku, po ukończeniu studiów w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie na Skałce, otrzymał święcenia kapłańskie i rozpoczął swą pracę duszpasterską, najpierw przez rok na Węgrzech, a potem, aż do dziś, na Jasnej Górze, będąc m.in. zastępcą kustosza Jasnej Góry.

Jest ojciec przeorem Jasnej Góry od sierpnia 2014 roku. Przyzwyczaił się ojciec do tej funkcji już?
– Przyzwyczaić się do takiej funkcji…. to raczej jest trudna sprawa. Natomiast zwyczajnie robimy to, co trzeba.
A co trzeba? Mając klasztor w takim miejscu, w takim mieście, co trzeba robić?
– Przede wszystkim wydaje mi się, że jeśli chodzi o moją posługę, to jest to służba – z jednej strony wspólnocie ojców i braci, którzy są na Jasnej Górze, a z drugiej strony – razem z tą wspólnotą służba tym, którzy tutaj przychodzą – pielgrzymom jasnogórskim i oczywiście mieszkańcom Częstochowy.
Jest ojciec przeorem Jasnej Góry tak naprawdę niedługo – jeszcze nie ma roku, ale kapłanem już od ponad lat dwudziestu. Jak to się w ogóle stało, jak to się zadziało, że człowiek, który ukończył technikum leśne, wybrał zupełnie inną ścieżkę, zupełnie inną drogę?
– Tak, wiele razy pytają mnie o to, bo wielu ludzi postrzega takie zawody jak leśnik, czy lekarz jako swoiste powołanie, coś więcej niż wyuczoną profesję, jako pewną misję…
Posłanie, tak…
– Tak, takie posłanie. I nieraz zastanawiają się nad tym, jak to możliwe, że człowiek z tej jednej misji wchodzi w drugą. Ale tak naprawdę w moim przypadku, to nie kłóci się ze sobą, bo człowiek rozwija się, dojrzewa…
Poszukuje swojej drogi.
– Oczywiście. Z perspektywy czasu widzę, że wybór zawodu leśnika i ukończenie Technikum Leśnego raczej mi pomogło w odkryciu powołania, które gdzieś tam od początku mojego życia kiełkowało w sercu.
Obcowanie z przyrodą, z lasem, to też jest czas na to, żeby być ze sobą samym w ciszy, w spokoju, i także z Bogiem budować relacje.
– Tak właśnie o tym myślę. Młody człowiek, wybierając zawód leśnika, ma w sobie troszkę tego romantyzmu i zamiłowania do przyrody, a przez to oczywiście i do Stwórcy, który daje nam ten piękny świat. Z perspektywy tylu lat życia w zakonie widzę, że to co było moim wcześniejszym wyborem bardzo mi pomogło w odkryciu zakonnego powołania, w ukierunkowania swojego życia na służbę Bogu – Stwórcy tego pięknego świata.
Wiele osób, myśląc o zakonnikach, myśląc o księżach, o osobach duchownych w ogóle, wyobraża sobie, że tak naprawdę ich życie sprowadza się tylko do tego, żeby być w klasztorze, w kościele i zupełni nic innego ich nie obchodzi. Tak nie jest. W życiu ojca są jeszcze inne pasje, na przykład fotografia i góry – i to się wszystko łączy.
– Faktycznie, to chyba prawda, że jest taki stereotyp myślenia o zakonniku, że żyje w klasztorze zamknięty…, ale myślę, że takie spojrzenie już troszeczkę odchodzi do lamusa. Jednak, także dzięki mediom, pokazywane jest życie osób powołanych, konsekrowanych, zakonników, którzy często są ludźmi pełnymi pasji, zapału, różnych ciekawych zainteresowań, które wcale nie kłócą się z powołaniem. Wspomniała pani moje fotografowanie i pasję górską – widzę, że to wcale nie kłóci się z moim powołaniem. Opatrzność Boża tak zrządziła, że właśnie ta swoista pasja związana z przyrodą – powołanie leśnika pomogło mi w odkryciu powołania do życia zakonnego, do paulińskie go, do jasnogórskiego służenia Matce Bożej. I myślę, że te i inne pasje, które mam, też pomagają mi w pogłębianiu więzi z Bogiem i w rozwijaniu, czy przeżywaniu mojego powołania.
Bycie w górach, często w samotności, też daje możliwość kontemplacji, modlitwy w ciszy, w spokoju i zobaczenia swojego miejsca na ziemi, zobaczenia tego, co nas otacza i kto nas stworzył.
– Tak, jest to swoiste oddzielenie od codziennej rzeczywistości, które daje czas ku temu, żeby się zastanowić i w miejscu odosobnienia doświadczyć coś z tego, co człowiek przeżywa w celi zakonnej czy w klasztorze za klauzurą, gdzie jest oddzielony od świata i faktycznie może doświadczyć bliskości Boga, ale też może głębiej spojrzeć w siebie. Natomiast góry jako wędrówka, wysiłek, zmaganie, dążenie do szczytu, do celu, pozwalają człowiekowi rozwijać i utrwalać w sobie te piękne cechy, które są bardzo przydatne w powołaniu, w życiu zakonnym.
Tak naprawdę w życiu chodzi o to, żeby do samego końca, do momentu śmierci, do odejścia rozwijać się, nie stać w miejscu.
– Zakonnik składa trzy śluby: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. I tak stara się przeżywać swoje życie, żeby właśnie te śluby – rady ewangeliczne realizowały się w jego życiu, żeby one go rozwijały. Wydaje mi się, że właśnie pasje życiowe i dojrzałe przeżywanie codzienności mają służyć rozwijaniu tego daru powołania, tego oddania się Bogu na własność przez śluby zakonne, jako fundamentu mojego życia.
A czy mając wiele obowiązków, znajduje ojciec jeszcze czas na to, żeby wyrwać się gdzieś w góry?
– Marzenia są wielkie, to prawda, ale wszystkiego nie da się zrealizować. Służba na Jasnej Górze, służba Królowej Polski, służba wspólnocie, pielgrzymom – to stawiam sobie jako pierwsze. Natomiast moje osobiste pasje owszem, są dla mnie ważne, ale traktuję je, żeby nikt mnie tutaj źle nie zrozumiał, jako pewną odskocznię od codzienności…
Odskocznia jest potrzebna, trzeba mieć siły na codzienne życie, czas na spokój, na modlitwę, na wyciszenie, na rozwój.
– Tak, oczywiście, to jest mi potrzebne jak każdemu człowiekowi, więc kiedy jest czas wolniejszy, to próbuje to na różny sposób wykorzystać. Zresztą okolice Częstochowy pozwalają na piękne wycieczki, nie jest tak znowu źle.
W 2010 roku w Regionalnym Ośrodku Kultury w Częstochowie, w ramach Dni Kultury Chrześcijańskiej, prezentował ojciec swoje fotografie. „Chamonix. Wznoszę swe oczy ku górom” – taki był tytuł swej wystawy.
– Jeżeli chodzi o fotografię, to interesuję się nią od lat szkolnych, od szkoły średniej. W rodzinie mój brat fotografował, więc jako chłopiec zapamiętałem to jako coś niezwykłego. A ponieważ brat jest starszy ode mnie 14 lat, więc…
Podglądał ojciec jak to się dzieje.
– Podglądałem… i to zainteresowanie jakby we mnie wchodziło, a potem w szkole było oczywiście kółko fotograficzne. Był wychowawca w szkole – w internacie, który był profesjonalnym fotografem i nam pomagał, pewne rzeczy podpowiadał, więc to tak naturalnie się zaczęło we mnie rozwijać i zaowocowało tym, że sam zacząłem już tak troszkę poważniej fotografować. A aparat w górach to, jak to lubię nieraz mówić, jest okazją ku temu, żeby chociaż w jakimś niewielkim procencie „zatrzymać” dla siebie napotkane miejsce, zabrać je ze sobą właśnie w takiej, a nie innej formie, jaką jest fotografia.
I podzielić się tym czasami z innymi. Można liczyć na to, że w Częstochowie kiedyś jeszcze zobaczymy wystawę zrobionych przez ojca fotografii?
– Nie wiem, czy ktoś będzie chciał taką wystawę zrobić. Natomiast wystawa w 2010 roku to było fajne doświadczenie. Przyjaciele mnie namówili, żeby te zdjęcia pokazać. I dużo pomogli w tym. I myślę, że ta wystawa miała też jakąś rolę ubogacania tych, którzy oglądali te fotografie, którzy lubią fotografię górską. A wiem, że troszkę osób obejrzało te zdjęcia.
Trochę osób obejrzało te zdjęcia wówczas i myślę że chętnie by obejrzało kolejne. Chciałam jeszcze zapytać o Biblię, o Pismo Święte. Czy jest jakaś taka część tej Księgi, jakiś taki fragment, który jest ojcu najbliższy?
– Przede wszystkim Ewangelie. Jeżeli tak w ogóle można mówić i wybierać ze Słowa Bożego to co jest mi bliskie, to właśnie są Ewangelie. To przede wszystkim zapatrzenie w Chrystusa i Jego kontakt z ludźmi. To jest dla mnie bardzo ważne, żeby tam szukać dla siebie wzoru do moich postaw, dla mojej posługi, do tej misji, którą teraz przychodzi mi pełnić. Natomiast jeśli chodzi o Stary Testament, to zawsze przed oczyma mam proroka Jeremiasza i fragment z jego księgi, który wybrałem na obrazek prymicyjny: „Pójdziesz dokądkolwiek cię po- ślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę”. Wydaje mi się, że to słowo z misji Jeremiasza spełnia się w moim życiu. Wtedy wybrane, nawet nie przeczuwałem co będzie niosło dla mnie. Chciałbym tak przeżyć całe swoje życie, żeby iść tam, gdzie Pan mnie poprowadzi, a nie odwrotnie, żebym ja Pana ciągnął tam, gdzie egoistycznie ja chcę iść.
Tak, żeby podpisał się pod planami ojca. Ale jest taka tendencja człowieka: wiedzieć lepiej.
– Pokusa jest: Panie Boże spełnij to, co ja chcę. To zawsze jest dylemat człowieka – myślę, że nie tylko zakonnika. Ale to Boże wezwanie skierowane do Jeremiasza: „Pójdziesz dokądkolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę” idzie za mną i często wraca i także przy ważnych decyzjach przypominam je sobie. To, co zapisałem wtedy u początku kapłaństwa. I to mi pomaga.
Powiedział ojciec jeszcze takie słowa, nawiązując do Ewangelii, do Jezusa Chrystusa, że Jezus spotykał się z ludźmi. To jest też nam potrzebne dzisiaj, zwłaszcza w świecie, gdzie ten kontakt przenosi się w świat wirtualny.
– Tak, właśnie to, co jest niesamowite w Ewangelii, że Chrystus miał czas dla tych, którzy fizycznie przychodzili do niego. Jak człowiek to odkryje, to jest przed nim wielka przygoda. Otwiera się przed nim nowa perspektywa, bo spotyka się z Kimś, kto nie mówi „Przyjdź później, teraz nie mam czasu”. A obok tego zawsze mnie fascynowało to, że Chrystus noce spędzał na modlitwie, z Ojcem, jakby na tym osobistym zatrzymaniu się…
Na ten kontakt też miał czas.
– Na ten kontakt też miał czas, ale, co chcę podkreślić, nie szczędził też czasu tym, którzy przychodzili do Niego. Nie mówił: nie, dzisiaj nie przychodźcie do mnie. Wydaje mi się, że to jest dla nas wielkie światło. I dla tych, którzy są głęboko religijni, i dla tych, którzy poszukują, chodzą po obrzeżach… Jest Ktoś taki, kto faktycznie ma dla mnie zawsze czas.
I obyśmy nigdy o tym nie zapominali. Bardzo dziękuję za rozmowę.
– Ja również serdecznie dziękuję. Bóg zapłać.

Rozmawiała Aleksandra Mieczyńska