To fantastyczny zawód – rozmowa z Wojciechem Jagielskim

wojciech-jagielski11

Uważa, że dziennikarz piszący nieprawdę, może zapłacić wysoką cenę. Podziwia fotoreporterów. Wojciech Jagielski – dziennikarz zajmujący się problematyką Afryki, Azji Środkowej, Kaukazu i Zakaukazia, który był obserwatorem konfliktów zbrojnych w Afganistanie,Tadżykistanie,Czeczenii i Gruzji, opowiedział Aleksandrze Mieczyńskiej o zawodzie, który stał się jego sposobem na życie.

Co najbardziej pociąga i ekscytuje pana w zawodzie dziennikarza?
– Na pewno dostęp do informacji. Było to dla mnie ważne na początku drogi zawodowej i pozostaje istotnym do dziś, kiedy mam już na koncie wieloletnie doświadczenie. Dostęp do informacji można rozumieć bardzo ściśle. Można też jednak traktować go jako możliwość zrozumienia różnego rodzaju procesów, wydarzeń, mających miejsce w określonych częściach świata. Dzięki temu, że od lat staram się podnosić swoje określone kwalifikacje, mam możliwość właściwej interpretacji procesów zachodzących w krajach, którymi się zajmuję. Dzięki swojemu doświadczeniu mam możliwość trafnej analizy tego, co dzieje się np. w Afganistanie. Mając jakąś wiedzę i doświadczenie potrafię dokonać prognozy, jak pewne wydarzenia tam się potoczą i zakończą. Przekonanie, że coś rozumiem jest bardzo ważne. Najistotniejsza jednak dla mnie w zawodzie dziennikarza jest możliwość bycia naocznym świadkiem. Z tym nic nie może się równać.
Tylko naprawdę rzetelne poznanie przyczyn skutkuje możliwością trafnego przewidywania. Jak odróżnić prawdę od kłamstwa? Czy zawsze mamy gwarancję, że dziennikarz mówi prawdę?
– Odbiorcy są naszymi ofiarami, są kompletnie bezbronni. Nie mają żadnej gwarancji. Przez długie lata bardzo się „postaraliśmy”, aby zaufanie do naszego zawodu zmalało, o ile całkiem nie zaniknęło. Robiliśmy właściwie wszystko, aby podważyć wiarygodność zawodu dziennikarskiego. Odbiorcy mogą nam ufać bądź nie – od nas zależy, czy o to zadbamy. Jedynym sposobem walki o wiarygodność jest kompetencja. Przecież jeżeli dziennikarz o sprawach, o których mówi ma tak marne pojęcie, jak odbiorca, to równie dobrze mogą oni zamienić się rolami, to nie ma żadnego sensu.
Odbiorca nie ma chyba możliwości zweryfikowania pańskich kompetencji na pewnym poziomie?
– Ależ ma. To tylko takie złudzenie, że jakiekolwiek głupoty byśmy mówili, ludzie w to uwierzą. Odbiorcy są dużo mądrzejsi niż nam się wydaje i doskonale potrafią odróżnić prawdę od kłamstwa. Często nawet nie dzięki temu co mówimy, ale z mowy ciała. Ona przemawia również przez słowo pisane. Ludzie mają zdrowy rozum, można ich oszukać czy omamić na chwilę, ale na dłuższą metę to się nie udaje. Ludzie w końcu wyczają, że ktoś jest zły. Tak, jak pani nie znając się na medycynie bardzo szybko zweryfikuje, do którego stomatologa pójść z dzieckiem, czy u którego ortopedy zasięgnąć porady. Kupujemy chleb w jednej piekarni, a do drugiej nie zaglądamy. Zawsze jest ta weryfikacja. Z dziennikarstwem jest dokładnie tak samo. Jeśli ktoś myśli inaczej, to grubo się myli.
Czyli odbiorca mówi: sprawdzam, i albo to kupuje, albo nie?
– To po pierwsze. Po drugiej odbiorca może właśnie w każdej chwili powiedzieć: sprawdzam i zadać pytanie, na które dziennikarz nie będzie w stanie odpowiedzieć. Przyłapanie na jednym jednym kłamstwie, nieścisłości, błędzie czy manipulacji może podważyć całą wiarygodność dziennikarza, wszystko, co kiedykolwiek powiedział, czy powie w przyszłości. Złapanie na jednym kłamstwie powoduje, że odbiorca może już w nic nie uwierzyć. Nie ma znaczenia, czy zjeżdża się z drogi metr, czy kilometr.
Jak budował się pański zasób wiedzy o innych kontynentach? Na ile pomogło to panu w spojrzeniu na Polskę?
– To nie jest kwestia tylko dziennikarskich podróży. Każda podróż turystyczna, nawet na krótki urlop, może dać podobny efekt. Jeśli zadamy sobie trochę trudu, żeby wyjść z hotelu, rozejrzeć się dookoła i zobaczyć, że ludzie inaczej się ubierają, inaczej modlą, inaczej budują domy, to zobaczymy nasz kraj w zupełnie innej perspektywie. Podróże dziennikarskie, które wymuszały poznawanie historii, problemów w innych częściach świata zdecydowanie wyleczyły mnie zarówno z europocentryzmu, jak i z polocentryzmu. To nie znaczy, że Polska stała mi się krajem obojętnym. Myślę nawet, że jest bliższym, bo z perspektywy globalnej jest czymś malutkim. W ten sposób można nabrać większej czułości. Będąc cały czas w Polsce, może nam się wydawać, że jesteśmy czymś wielkim, od czego zależą losy świata.
Wspominał pan o tożsamości, choćby ludzi w Afganistanie, którzy mają pewne rzeczy w życiu fantastycznie poukładane. Pozwoliło to też inaczej spojrzeć panu na własne życie?
– Ja wywodzę się z prowincjonalnej, małomiasteczkowej rodziny i mam z tym mniejszy problem niż choćby rodziny wielkomiejskie. Wielkie aglomeracje miejskie wymuszają rozbijanie wspólnoty. Wieś, czy małe miasteczka to jest życie wspólnotowe, ja się w takim czymś wychowałem. Nie miałem później większych kłopotów z odpowiedzeniem sobie na pytanie: kim jestem? Problem tożsamości jest najważniejszym i najboleśniejszym problemem współczesnej Europy. Odcinanie się od tradycji nie pomaga w utrzymaniu tej tożsamości. Jest wręcz odwrotnie, powoduje to odcinanie korzeni. Europa się bardzo mocna zapętliła, zagubiła. Mówi się o wartościach europejskich, o byciu Europejczykiem, a większość z nas miałaby zapewne problem ze zdefiniowaniem, co to w ogóle jest takiego.
Czy można mówić o czymś takim jak tożsamość europejska?
– Na pewno mamy do czynienia z próbą narzucenia egalitarnego wzorca europejskiego obywatela, ale coś takiego nie istnieje. To jest myślenie życzeniowe. Może nie ma w tym nic złego, ale czy to się tak bardzo różni od wzorca człowieka radzieckiego? Tamten także miał spełniać jakieś tam kryteria, jakimiś wartościami się kierować, troszeczkę odgórnie narzuconymi. My, jako Polacy, nigdy nie przestaliśmy być przecież Europejczykami, natomiast jesteśmy zupełnie innymi Europejczykami, niż Holendrzy. Wyrastamy z innych tradycji. Mamy inne doświadczenia, inną tożsamość.
Czy to cenna wartość?
– Naturalnie. Świat byłby miałki , jeżeli miał- by być jednaki. Nie znoszę takiego świata, ale on taki się staje. Jeżeli pani pojedzie do Hanoi, czy do Montevideo, czy do Berlina, zastaje pani te same Śródmieścia, te same domy, ludzi noszących te same ubrania, zachowujących się tak samo. To są pewne zachowania, normy wymuszane przez rewolucję technologiczną. Wszędzie są ludzie, którzy wiecznie stukają w telefony komórkowe. A świat jest bogaty przez rozmaitość. Jesteśmy równi, ale nie jesteśmy przecież jednacy. Twierdzenie, że jesteśmy jednacy, jest próbą zamazywania prawdziwego obrazu świata.
Tak naprawdę niepotrzebną, bo chyba w różnorodności jest wartość, siła, piękno?
– Tak, a poza tym wydaje mi się, że to czynność skazana na porażkę, a w dodatku wzbudzająca ogromne rozdrażnienie wśród ludzi. Jeżeli pani widzi, że ściana jest żółta i będę pani tłumaczył, że po pierwsze – jest czerwona, a po drugie – to nie jest ściana, tylko sufit, to pani będzie miała mnie za skończonego aroganta, albo za idiotę. Więc tłumaczenie ludziom, że „czarne jest białe”, cytując klasyka, mija się z celem. Wywołuje skutek odwrotny. Ludzie mają swój rozum. Obojętnie, jakie eksperymenty by się na tych ludziach nie dokonywały i przez jakie eksperymenty nie próbowano by ich przeprowadzić, ludzie są rozsądni i w końcu sami dobrze wiedzą, co im jest potrzebne do życia, co jest złe, co jest dla nich niebezpieczne.
Mamy w Częstochowie dość mocne środowisko fotoreporterów – ostatnio pięciu przedstawicieli w finale Grand Press Photo, czterech z nagrodami. To zupełnie inna opowieść od pisanej, opowieść fotoreportera. Mówił pan, że ona jest równoprawna ze słowem i pracując, jeździł pan z fotoreporterem.
– Jest reportaż i fotoreportaż. Nigdy nie ośmieliłem się powiedzieć fotoreporterowi, co ma robić, jakie fotografie wykonywać. Nie były mi potrzebne fotografie ilustrujące mój tekst, bo jeżeli bym takich potrzebował, to znaczy, że mój tekst był niedobry, niedoskonały, niepełny. Fotoreporter to jest inna specjalizacja dziennikarska. Zawsze fotoreporterów podziwiałem, dlatego że na narysowanie jakiejś sceny miałem dziesięć, piętnaście, czasami dwadzieścia kartek maszynopisu. On musiał to samo zrobić w jednym czy dwóch ujęciach, w dwóch klatkach. Zawsze ich podziwiałem i zazdrościłem. Zapewne wiele ujęć powstaje przypadkowo, a dopisuje się potem do nich filozofię, co autor chciał przez to powiedzieć. Nawet jeżeli nie wynika to jednak z kalkulacji, intuicja wskazuje na artyzm. Geniusz podpowiedział, żeby właśnie zrobić takie konkretne ujęcie. Ujęcie, które będzie mówiło więcej niż następne, przesunięte o metr czy o dwa. Zawsze podziwiałem fotoreporterów i bardzo im zazdrościłem. Szczerze ubolewam, że ten gatunek dziennikarstwa, reportażu, z jednej strony wciąż hołubiony, jest skazany na chałupniczą działalność. Fotoreporterów nie zatrudnia się na dobrze płatnych etatach i nie czeka się na ich artystyczne zdjęcia, ale zastępuje się je zdjęciami wykonanymi przez przypadkowych ludzi i przypadkowym aparatem telefonicznym. Najbardziej cwany telefon komórkowy z aparatem nie zastąpi wrażliwości ludzkiej.
Skoro o wrażliwości mowa – na spotkaniu w Częstochowie było z panem co najmniej kilku studentów dziennikarstwa z Częstochowy. Co pan mówi młodym ludziom, którzy chcą się zawodem dziennikarza zajmować?
– Niech się zajmują. To jest fantastyczny zawód, który oferuje niewiarygodne wręcz możliwości, pod warunkiem, że nie jest traktowany wyłącznie jako sposób na zabicie czasu czy zarabianie pieniędzy. Zresztą dzisiaj zawód dziennikarza wielkich pieniędzy nie daje. On grozi, że stanie się sposobem życia, pasją, za co z kolei ceną bywa samotność. Ale z drugiej strony żyje się pełnią życia. Jakiekolwiek marzenia mają młodzi ludzie, muszą je realizować, a przynajmniej spróbować je zrealizować. Nie wolno się wyrzekać za wcześnie marzeń, bo potem wyrasta się na strasznie zgorzkniałego i przegranego człowieka.
Chyba w ogóle nie trzeba się marzeń wyrzekać…
– Najlepiej tak właśnie robić, ale nie wolno wyrzekać się marzeń szczególnie w młodym wieku z powodu jakiejś wydumanej potrzeby zbyt wczesnego kompromisu. Życie jest trudne i w późniejszych latach samo wymusza kompromisy, natomiast wczesna pora jest zdecydowanie niedobra, żeby zawierać z życiem kompromisy.
Co było, już nie wróci. Powiedział pan też, jak klasyfikowana jest, na jakich półkach stawiana jest literatura. Dobra i zła literatura, dobra i zła muzyka – to jest naprawdę jedyny podział, który powinien obowiązywać?
– Oczywiście w każdych działach z literaturą są rzeczy dobre i są rzeczy przeciętne, bywają też marne. Literatura faktu różni się jednak od literatury pięknej, która jest domeną wyobraźni. Literatura faktu to jest opisywanie zastanej rzeczywistości. Nie musimy, albo nie wolno nam wymyślać rzeczywistości. Uważam, że czymś niedobrym, dyskryminującym są próby zabraniania autorom literatury faktu, używania tego samego instrumentarium, co autorzy wielkiej literatury, wynikającej z wyobraźni. Niby dlaczego nie wolno?
Wolno. To się ma po prostu dobrze czytać.
– Taka jest podstawowa rola książki. Nie powinno się pisać z założenia książki nudnej albo takiej, której czytelnik nie przeczyta, bo po co pisać?
Dziękuję za rozmowę.

opracowali M.R i K.R