Podróż w czasie – Częstochowa 2016 roku – opowiadanie political fiction

WP_20140208_001

Panowie, pora podjąć ostateczną decyzję co do lokalizacji naszej nowej fabryki samochodów w Polsce – Karl Strobel podniesionym głosem przywołał do porządku zgromadzonych. Kilkunastu dyskutujących menedżerów jak na komendę zamilkło. Echo głosu Strobela niosło się po supernowoczesnej sali konferencyjnej na 36 piętrze firmowego biurowca: – Mick, zreferuj nam jeszcze raz w paru zdaniach podstawowe ustalenia.

Mick O’Reilly, rudowłosy Irlandczyk, z zakłopotaniem pogładził się po niesfornej czuprynie: – Dział analiz rekomenduje nam dwie możliwości – Częstochowę lub Będzin. Właściwie są one równorzędne – atrakcyjna lokalizacja, dobrze przygotowana nieruchomość, specjalna strefa ekonomiczna, sporo fachowych pracowników do zatrudnienia od zaraz. Będzin wygląda trochę lepiej z racji tego, że do lotniska i autostrady A-4 bliziutko…

– A jak wygląda nastawienie władz obu miast? – wtrącił przysłuchujący się uważnie Fritz Handke, główny menedżer ds. personalnych.

W zasadziejednakowo… Jedni i drudzy deklarują, że wszystkie procedury, zgody i pozwolenia wydadzą od ręki. Gotowi są nam nieba przychylić – odpowiedział tym razem Renee Deschamps, główny negocjator, po czym dodał z pewnym wahaniem: – Czasami nawet aż za bardzo…

– Renee, mów nam bez owijania w bawełnę jak jest – prostolinijny Szkot John McGee znał swego kolegę na wylot i wiedział, kiedy ten zastanawia się, czy pewne informacje należy upublicznić.

  Hmmm… Na ostatniej rozmowie prezydent Będzina zadeklarował nam, że jeżeli tylko w zarządzie nowo powstałej spółki znajdzie się wskazana przez niego osoba i dwie następne jako kierownicy działów, to całość procedury załatwi nam w pół roku, bo ma duże znajomości w samorządzie województwa – dopowiedział Renee.

– Pół roku na wszystkie pozwolenia? Ależ to niemożliwe… Rok co najmniej – westchnął ze zdziwieniem szef działu prawnego, Marco Hernandez.

– A kto rządzi w tym Będzinie? – zapytał Handke.

Lewica, nooo ci… socjaliści – zająknął się Deschamps. – A ten człowiek od prezydenta to ma być jego szwagier, ale podobno świetny fachowiec.

– Donnerwetter!!! – tubalny głos Karla Strobela przetoczył się jak grom nad zebranymi: – Czy oni w tej Polsce nigdy się nie nauczą, że w nowoczesnym przemyśle liczy się wykształcenie, pracowitość i wiedza, a nie znajomości? Socjaliści… – prychnął zjadliwie prezes koncernu. Postkomuniści!!! Sowiecka mentalność…

– Szefie – odważył się odezwać Renee. – Prezydent Częstochowy powiedział, że zrobi dla nas co się da i postawi na nogi pół miasta, ale w granicach prawa. Rządzi od niedawna…

– I to mi się właśnie podoba – Strobel na poparcie swych słów grzmotnął pięścią w stół: – Jak chce się mieć fabrykę na 3.500 miejsc pracy, to nie ma mowy o załatwianiu swoich prywatnych geszefcików, a te pół roku nas nie zbawi… W przyszłym tygodniu chcę mieć konferencję prasową w Częstochowie, wspólnie z władzami miasta. Za rok-dwa będzie tam największa w Polsce fabryka aut!

***

Brązowe, pięknie zdobione drzwi sali posiedzeń Rządu RP zostały z rozmachem otwarte i z wnętrza jeden po drugim zaczęli wysypywać się ministrowie. W Kancelarii Premiera czekali już przyczajeni dziennikarze newsowi.  Spokojnie, spokojnie… Jutro jak zwykle będzie konferencja prasowa, o wszystkich bieżących decyzjach powiemy – tubalnym głosem uspokajał rzecznik rządu.

Z grona wychodzących odłączył się wysoki, szczupły mężczyzna, który wyraźnie za kimś się rozglądał.

Panie ministrze, panie ministrze, jak poszło, udało się? – dobiegło zza jego pleców. Minister nauki i szkolnictwa wyższego wykonał raptowny zwrot i uśmiechnął się szeroko do swojego rozmówcy. – Wszystko w porządku , gratuluję… Panie prezydencie, chyba będziecie mieli ten swój uniwersytet. Informuję pana, że Rząd RP przyjął na dzisiejszym posiedzeniu projekt ustawy o powołaniu Uniwersytetu Częstochowskiego. Teraz jeszcze głosowania nad ustawą w Sejmie i Senacie, ale to już przecież raczej miła formalność.

Zastępca prezydenta miasta Częstochowy nie potrafił ukryć euforii: – Wielkie dzięki za pana osobistą pomoc i wstawiennictwo, panie ministrze. Bez wielkiej pracy pana i ministerstwa nigdy by nam się to nie udało. A wszystko zaczęło się od tego, że wreszcie dogadały się ze sobą władze częstochowskich wyższych uczelni. To było naprawdę bezprecedensowe porozumienie i milowy krok na drodze do powołania uniwersytetu.

 Minister uśmiechnął się łagodnie: – Jesteście zbyt skromni, pan i pana kolega prezydent. Gdyby nie wy, Częstochowa miałaby figę z makiem, a nie uniwersytet. Od ponad 1,5 roku wiercicie Ministerstwu Szkolnictwa Wyższego dziurę w brzuchu, w tym od 9 miesięcy mnie osobiście. To przecież prawie od pierwszego dnia, odkąd objąłem swój urząd. Był tylko jeden sposób, żeby się was pozbyć – załatwić pozytywnie… A teraz wreszcie będę miał z wami spokój i będę mógł się zająć normalną robotą. No dobra, żartuję! Powodzenia!

Ostatniego zdania wiceprezydent miasta słuchał już tylko jednym uchem, pospiesznie manipulując smartfonem. Nie chciał stracić jedynej, niepowtarzalnej możliwości aby stać się pierwszym mieszkańcem Częstochowy, który ogłosi dobrą nowinę mieszkańcom, władzom uczelni, studentom, lokalnej prasie i całemu światu…

***

            Liczba samochodów parkujących w pobliżu świeżo odmalowanej hali z dużym napisem „Huta Częstochowa” rosła z każdą minutą. W tle słychać było szum pracujących maszyn – hałas bliski sercu wielu częstochowian, bo to przecież znak, że Wydział Stalowni znowu pracuje. Kilka szybko wymienionych zdań przez organizatorów, parę porozumiewawczych gestów i do stojącego na świeżym powietrzu mikrofonu podszedł pierwszy mówca.

– Szanowni Państwo, miło mi powitać was w imieniu firmy „Arcelor Mittal”, gospodarza dzisiejszej uroczystości. Z dumą chcielibyśmy zaprezentować odnowioną i znów pracującą Stalownię „Huty Częstochowa”, naszą nową perłę i od niedawna przedmiot dumy naszego koncernu. Muszę jednak z tego miejsca wyrazić wdzięczność tym, bez których nie byłoby dzisiejszej uroczystości. Przypomnę, że ponad rok temu, wiosną 2015 zwrócił się do nas Prezydent Miasta Częstochowy i zaproponował trójstronne rozmowy z poprzednim właścicielem Huty, ukraińskim koncernem ISD. Przyznaję, że sami początkowo nie byliśmy przekonani do tego, żeby w Częstochowie zainwestować. Przedstawiono nam jednak tak profesjonalnie zalety Waszego miasta, potencjał gospodarczy tego miejsca i możliwość zatrudnienia wykwalifikowanej kadry, że zdecydowaliśmy się usiąść do negocjacyjnego stołu. Jak było później, to już wszyscy wiemy. Firma ISD w związku z sytuacją na Ukrainie zdecydowana była sprzedać udziały, my doszliśmy do wniosku, że inwestycja w Hutę okaże się dobrym pomysłem, a miasto pomogło rozwiązać parę problemów i pozyskać dla transakcji przychylność ze strony polskiego rządu, co okazało się bardzo potrzebne… Zresztą może zamiast opowiadać dalej, oddam głos temu, bez którego inicjatywy nie byłoby nas tutaj na tej miłej uroczystości. Panie i panowie, głos zabierze Prezydent Miasta Częstochowy… 

***

Na błoniach, w parkach i przyległych uliczkach, a także w całej Alei Najświętszej Maryi Panny, dobrze widocznej w perspektywie z wysokości jasnogórskiego wzgórza, kłębiły się rozentuzjazmowane tłumy. Mnóstwo młodych roześmianych twarzy, kolorowe chusty, różnojęzyczny gwar rozmów, wszystko to pięknie komponowało się z idealnie rześkim nastrojem słonecznego, letniego poranka.

Papież Franciszek I energicznym krokiem wszedł na mównicę, tradycyjnie usytuowaną pod szczytem Jasnej Góry, rozejrzał się dookoła, jakby chłonąc entuzjazm i radość wszechobecnej młodzieży, uśmiechnął się szeroko i przemówił:

– Szczęść Boże, młodzieży z całego świata. Błogosławię wam i temu miastu. Dowiedziałem się właśnie, że jest was tu ponad 1,5 miliona, a więc tyle samo ile było dokładnie ćwierć wieku temu, także na Światowych Dniach Młodzieży, w 1991 roku. Nie było mnie wtedy w Polsce i w Częstochowie, ale ON kilka razy opowiadał mi o tych dniach, kiedy był tu z wami. Cieszę się, że możemy razem powspominać świętego papieża-Polaka, ale cieszę się tym bardziej, kiedy widzę, że w tym pięknym miejscu będziemy mogli w tak licznym gronie porozmawiać sobie nie tylko o przeszłości , ale także o przyszłości. Radujmy się…

***

Krzysztof Matyjaszczyk obudził się zlany zimnym potem, z przeraźliwym dudnieniem wewnątrz czaszki, jakby ktoś bił w nią bez opamiętania młotem kowalskim.

– Gdzie ja jestem i co tu robię? – tłukło mu się po głowie w momencie, gdy tylko zdał sobie sprawę, że nie znajduje się w wygodnej sypialni swojej ekskluzywnej willi przy jednej z bocznych, spokojnych uliczek w dzielnicy Raków-Zachód. Wnętrze wyglądało na pokój hotelowy – za oknem świeciło piękne poranne słońce. Matyjaszczyk poczłapał ku uchylonym drzwiom balkonowym, wyszedł na taras, rozejrzał się i z olbrzymią ulgą na sąsiednim balkonie zobaczył swojego zastępcę, Jarosława Marszałka, spokojnie ćmiącego tradycyjne poranne cygarko.

– Jarek, żebyś wiedział, jakie mnie koszmary całą noc męczyły – sapnął Matyjaszczyk.

– Taaa, a co ci się śniło?

– Ogólnie rzecz biorąc to, że opozycja w Częstochowie doszła do władzy.

– Nooo, toś się biedaku musiał umęczyć takimi snami.

– A żebyś wiedział, całkowicie koszmarna wizja dla nas… Oszczędzę ci szczegółów, ale po ich stronie był minister i nawet papież. A tak w ogóle to gdzie my, Jarek, jesteśmy i który mamy rok?

– Jak to, gdzie? W Szanghaju, to już chyba trzeci raz w tej kadencji. Jest czerwiec 2014. Widzę, że ci ten wczorajszy bankiet jednak trochę zaszkodził.

– No, nie wiem czemu, ale łeb mi chce pęknąć.

– To pozbieraj się jakoś Krzysiu, bo dziś mamy ważne interesy do załatwienia i od tego, jak się będziesz prezentował, sporo zależy. Korzystny deal się nam szykuje…

W tym momencie w kieszeni szlafroka Krzysztofa Matyjaszczyka zadzwonił służbowy telefon. Prezydent sięgnął po komórkę, zobaczył numer swojej dawnej osobistej asystentki, obecnie pełniącej funkcję zastępcy dyrektora Urzędu Miasta, skrzywił się, odebrał i nie dając dojść do słowa rozmówczyni, cierpko stwierdził:

– Anka, ty wiesz która tu u mnie w Chinach jest godzina? 7:15 rano. Ile razy mówiłem, że nie wolno mi zawracać głowy z samego rana? Czego chcesz?

– Szefuńciu, przepraszam, ale my tu problem mamy. Nie chciałam czekać do jutra, u mnie w Częstochowie właśnie północ minęła, ale musiałam zadzwonić, bo na 8 rano pod Urząd Miasta się znowu demonstranci zapowiedzieli. Jakieś zwolnienia grupowe w tej „Gomimie”, czy jak się tam ta fabryka części samochodowych nazywa – 400 osób mają podobno wyrzucić na bruk. Związkowcy chcą przyjść i opony nam palić pod budynkiem. Co my mamy im powiedzieć?

– Po pierwsze Anka, to ty mnie pierdołami nie zawracaj głowy z samego rana, bo ja tu ważne sprawy dla dobra miasta załatwiam. Po drugie, macie mówić to, co zawsze – prezydent za chwilę pozyska strategicznego chińskiego inwestora i wszystko będzie dobrze. A najlepiej niech Włodek do nich wyjdzie i przemówi – on ma tę gadkę do perfekcji wyuczoną. I nie zawracaj mi już dzisiaj głowy.  Ciao.

Krzysztof Matyjaszczyk spojrzał ze skrzywioną miną na rząd chińskich biurowców widocznych na horyzoncie z perspektywy hotelowego balkonu, po czym rozchmurzył się i spojrzał w kierunku swojego zastępcy sączącego z zadowoloną miną szklaneczkę jakiegoś chłodnego trunku: – Jareczku, nie miałbyś tam dla mnie jakiegoś cygarka?

– Dla ciebie Krzysiu, zawsze się znajdzie. Dla ciebie zawsze.

Artur Sokołowski