
Przez dziewięć dni szliśmy razem – przez warszawskie ulice, podmiejskie miejscowości, leśne drogi, pola i niewielkie wsie. Każdego ranka wyruszaliśmy jeszcze przed pełnym wschodem słońca. Każdy kolejny etap przynosił zmęczenie, ale także nowe spotkania, rozmowy, modlitwę i poczucie wspólnoty. 315. Warszawska Pielgrzymka Piesza Akademickich Grup „Siedemnastych” na Jasną Górę była dla nas czymś więcej niż pokonaniem blisko 270 km. Była drogą, którą przeżywaliśmy razem – krok po kroku, dzień po dniu, aż do spotkania z Jasną Górą.
1. dzień – z Warszawy w stronę Częstochowy
Nasze pielgrzymowanie rozpoczęło się już w środę, 5 sierpnia. Po przyjeździe pociągiem i zapisaniu się na pielgrzymkę nocowaliśmy u Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. W czwartek, 6 sierpnia, o świcie spotkaliśmy się przy kościele św. Anny w Warszawie. O godz. 5:30 rozpoczęła się modlitwa połączona z błogosławieństwem, a pół godziny później legiony ruszyły na trasę.
Pierwsze kilometry prowadziły przez dobrze znane, tętniące życiem centrum stolicy. Przeszliśmy Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem, następnie Alejami Ujazdowskimi i ul. Belwederską. Dalej szliśmy ulicami Jana Sobieskiego i Aleją Rzeczypospolitej, kierując się ku Świątyni Opatrzności Bożej.
To właśnie tam, po przejściu pierwszych 10,5 km, czekał na nas udział w Mszy św. „17” pod przewodnictwem metropolity warszawskiego abp Adriana Galbasa. Po Eucharystii ruszyliśmy dalej. Warszawska przestrzeń stopniowo ustępowała spokojniejszym drogom. Przez ul. Sejmu Czteroletniego, ul. św. Urszuli Ledóchowskiej, drogę serwisową POW oraz ulice Nowoursynowską i Jana Rosoła dotarliśmy w okolice Lasu Kabackiego. Pierwszy dłuższy odpoczynek mieliśmy w Parku Kultury w Powsinie.
Potem czekały nas kolejne kilometry – przez Żabieniec aż do Bogatek, gdzie po przejściu 33 km zakończyliśmy pierwszy dzień. Tam czekał nas pierwszy nocleg i możliwość odpoczynku przed kolejnym etapem.
Po drodze nie zabrakło modlitwy i codziennych rozważań prowadzonych przez ks. Marka Olejniczaka, który na Jasną Górę w grupie błękitno-białej pielgrzymuje od prawie pół wieku.
– Czujemy się tutaj jak jedna wielka rodzina. Od lat pielgrzymujemy razem i czekamy na nowych pielgrzymów, których chcemy przyjąć do tej wspólnoty. Każdy krok przybliża nas do domu Ojca, czyli do nieba. Wiara nadaje sens naszemu wysiłkowi, wyrzeczeniom, cierpieniu i modlitwie. Nasza grupa Błękitno-Biała pielgrzymuje już po raz 78., a istnieje od niemal pół wieku. W tym czasie wiele osób z Częstochowy odnalazło tutaj sens życia, a także swoich przyszłych małżonków. Wśród nas jest wiele małżeństw, które poznały się na pielgrzymce – mówił ks. Marek Olejniczak, proboszcz parafii św. Melchiora Grodzieckiego w Częstochowie.
2. dzień – przez Grójec do Goszczyna
Piątkowy poranek rozpoczęliśmy wyjątkowo wcześnie. Pobudka o 4:40 przypomniała nam, że pielgrzymka rządzi się własnym rytmem i nie ma miejsca na ociąganie się. O 6:00 wszystkie grupy wyruszyły z Bogatek. Przed nami było 35,5 km drogi, z czego większość wiodła po niewygodnym i ruchliwym asfalcie. Poranek był deszczowy – nie obyło się bez płaszczów
i parasoli.
Kolejne godziny przyniosły postoje w Zawodnem, Lesznowoli i Grójcu. Każdy z nich był okazją do wytchnienia, uzupełnienia zapasów wody i nabrania sił. Droga prowadziła dalej do sanktuarium w Lewiczynie, gdzie o godz. 14:20 odprawiono uroczystą Mszę św. dla naszych grup. Po Eucharystii pielgrzymi ruszyli na ostatnią część tego etapu.
Do Goszczyna dotarliśmy około godz. 17:30. Za nami pozostawało już niemal 70 km pielgrzymiego szlaku, ale przed nami nadal była długa droga.
Grupa błękitno-biała od lat pielgrzymuje wspólnie z grupą błękitno-czerwono-błękitną (kanonicką), tworząc wspólny legion. Każdego dnia wspólną modlitwę prowadził ks. Łukasz, kanonik regularny.
– To piękny i wyjątkowy czas. Na pielgrzymce jesteśmy naprawdę sobą – jako wspólnota Kościoła, która idzie i świadczy o wierze, dostrzegając przede wszystkim drugiego człowieka. Tutaj często zanika egoizm, a rodzi się to, co w człowieku najpiękniejsze – powiedział ks. Łukasz.
3. dzień – rozdzieleni trasą, połączeni wspólnym celem
Trzeci dzień miał nieco inny charakter. Poszczególne grupy wyruszały o różnych porach i pokonywały odmienne warianty trasy. Jedni przechodzili przez Przybyszew, inni przez Rykały, a następnie przez kolejne niewielkie miejscowości i leśne odcinki – Osuchów, Dębnowolę, Emilin, Borowe czy Czworaki.
Choć pielgrzymi z różnych legionów przez część dnia znajdowali się na różnych odcinkach, wszyscy zmierzaliśmy w tym samym kierunku. Po południu kolejne grupy docierały do Michałowic i Stamirowic, gdzie znajdowały się miejsca noclegowe. W zależności od wariantu trasy grupy miały tego dnia do pokonania od 20 do ponad 26 km. Pogoda dopisywała wszystkim – było co prawda pochmurno, ale nie padało, a słońce nie „prażyło”. Było ciepło, lecz nie upalnie.
Był to zdecydowanie jeden z krótszych etapów pielgrzymki, jednak kamieniste i leśne bezdroża sprawiły, że nie należał do najłatwiejszych. To właśnie wtedy zaczęły dawać się we znaki pierwsze bóle, przypominające nam o naszych ludzkich ograniczeniach.
Przez wszystkie dni pielgrzymki wędrowała z nami s. Mirosława ze Zgromadzenia Córek św. Franciszka Serafickiego.
– Pielgrzymuję już po raz trzynasty i każdy rok jest nowym doświadczeniem Boga oraz drugiego człowieka. Szczególnie zachęcałabym młodych, którzy poszukują sensu życia i Boga, aby dołączyli do nas. To czas wspólnoty i doświadczenia obecności Boga. Jest On blisko nas – zarówno w radości, jak i w cierpieniu. Ból nóg i pielgrzymkowe niedogodności stają się doświadczeniami, które zbliżają nas do Boga i do siebie nawzajem – oznajmiła s. Mirosława.
4. dzień – Droga Krzyżowa przez las za Łęgonicami Małymi
Następnego ranka wyruszyliśmy w kierunku Gapinina. Po drodze zatrzymaliśmy się w Gostomii, a następnie dotarliśmy do Nowego Miasta nad Pilicą. W miejscowym sanktuarium odprawiona została Msza św. Po południu przyszła kolej na odpoczynek w lesie za Łęgonicami Małymi, a ostatni odcinek prowadził już do Gapinina. Tam zakończyliśmy dzień, uczestnicząc w Drodze Krzyżowej.
Tego dnia słońce dawało się we znaki. Sytuację poprawiały wysokie drzewa, które otaczały nas zewsząd. Bywały jednak odcinki, na których słońce bezlitośnie nas opalało. W takich miejscach musieliśmy pamiętać o nawadnianiu się i nakrywaniu głów. Krem przeciwsłoneczny z filtrem UV również okazał się niezbędny, chociaż nasz zgubiliśmy później po drodze. Wędrówki nie ułatwiały też bóle stóp, a w moim przypadku także ból prawego kolana.
O trudzie wędrówki świadczyły długie kolejki w punkcie medycznym, który każdego dnia organizowano w innym miejscu, najczęściej w remizach OSP lub ośrodkach zdrowia. Widać było również zaangażowanie osób pełniących służbę techniczną przy punkcie medycznym. Jedną z takich osób był Konrad.
– Odpowiadamy za przygotowanie punktu medycznego, aby osoby zajmujące się opatrywaniem i ratowaniem życia mogły spokojnie rozpocząć pracę. W naszej służbie uczestniczą pielęgniarki, lekarze, siostry zakonne oraz osoby przygotowujące punkt medyczny. Nie pielgrzymujemy jak pozostali uczestnicy, ale służymy innym pielgrzymom, pomagając im dotrzeć na Jasną Górę – mówił.
5. dzień – coraz dalej od Warszawy
Piąty dzień rozpoczęliśmy wcześnie, o 4:35. Tak wczesne pobudki stały się już dla nas częścią pielgrzymkowej codzienności. Po wyjściu z Gapinina skierowaliśmy się w stronę Poświętnego. Jak co rano, dzień zaczęliśmy Godzinkami o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. W Sanktuarium Świętej Rodziny czekała na nas Eucharystia.
Dalsza droga prowadziła przez las za Czarną Drogą, Kolonię Kruszewiec i Kruszewiec. W okolicach południa przyszedł czas na modlitwę, a później na obiad. Po odpoczynku ruszyliśmy dalej przez leśne odcinki w kierunku Januszewic. Ostatnie kilometry tego dnia były już wyraźnie odczuwalne w nogach. Mimo to szliśmy dalej, aż około godz. 18:00 udało nam się dotrzeć do Zachorzowa. Za nami tego dnia było 37,5 km. Był to jeden z najdłuższych i najcięższych odcinków tej pielgrzymki. Tego dnia minęliśmy też półmetek naszej wędrówki.
Mimo niewygody, trudu, wysiłku i wielu wyrzeczeń wszyscy pielgrzymi jednogłośnie mówią, że warto udać się w taką wędrówkę. Potwierdza to Katarzyna Sobieraj z częstochowskiej grupy błękitno-białej, która z „siedemnastkami” wędruje już od kilku lat.
– Warto wybrać się na pielgrzymkę, aby doświadczyć czegoś innego niż pośpiech i tempo codziennego życia. Tutaj czas płynie inaczej. Jesteśmy dla siebie jak siostry i bracia, a każdy jest gotowy pomóc drugiemu, choćby niosąc jego plecak. To jedna z najpiękniejszych rzeczy w pielgrzymowaniu – pozostawić codzienność i po prostu ruszyć przed siebie. Zapraszam wszystkich do naszej częstochowskiej grupy. Szczególnie liczymy na młodych, których wciąż nam brakuje. Do zobaczenia w przyszłym roku – 5 sierpnia wyruszamy z Częstochowy do Warszawy, aby 6 sierpnia rozpocząć pielgrzymowanie na Jasną Górę – zapraszała Kasia Sobieraj.
6. dzień – „nie ma miękkiej gry”
We wtorek czekał nas kolejny długi etap – z Zachorzowa do Wąsosza. Po drodze zatrzymaliśmy się w sanktuarium w Paradyżu, gdzie specjalnie dla nas sprawowana była Eucharystia. Kolejne postoje mieliśmy w okolicach Dłużniewic, Zdyszewic i Ruszenic oraz na leśnych odcinkach w pobliżu Ławek i Papierni. Odpoczywaliśmy tam w lesie lub na polu.
Tego dnia poszczególne grupy pokonały ok. 31 lub 32 km. Wąsosz osiągnęliśmy po godz. 17:30. Kilometr różnicy podczas jazdy samochodem wydaje się niczym, lecz pieszo oznacza dodatkowe 40 minut, a nawet godzinę wędrówki. W takich momentach bardzo się to odczuwa, szczególnie gdy jest upalnie, tak jak było tego dnia.
Maria to jedna z pielgrzymujących w naszej grupie osób. Swoim świadectwem i postawą pokazuje, że mimo trudów pielgrzymowanie może być jednym z tych „dobrych uzależnień”. Potwierdza to liczba pielgrzymek, w których uczestniczyła z warszawskimi „siedemnastkami”.
– Pielgrzymuję już po raz ósmy. Jako dziecko chodziłam z mamą w siedemnastkach, później przez cztery lata z piętnastkami, w grupie Szarej Harcerskiej. W tym roku wróciłam do siedemnastek, ponieważ mamie bardzo zależało, abyśmy znów poszły razem. Mam tutaj wielu przyjaciół i ludzi, którzy wyznają podobne wartości, dlatego chętnie wracam. Zachęcam wszystkich młodych – zarówno wierzących, jak i tych, którzy dopiero poszukują Boga – aby do nas dołączyli. Do zobaczenia za rok – zapewniała Maria.
7. dzień – przez lasy i wsie
Środa była nieco krótszym etapem. Z Wąsosza wyruszyliśmy po Mszy św. odprawionej o 7:45. Przed nami do pokonania było tego dnia ok. 25 km.
Droga prowadziła m.in. przez lasy w okolicach Wierzchlasu i Policzek. Po kolejnych kilometrach dotarliśmy do Chałup, a następnie do Pratkowic. Każdy kolejny postój dawał możliwość, by choć na chwilę odciążyć zmęczone nogi. Nikt nie krył się ze zdejmowaniem butów i skarpet, co w zwykłych, codziennych okolicznościach, szczególnie w miejscach publicznych, mogłoby budzić u osób postronnych co najmniej niesmak. Tutaj czegoś takiego nie było. Dla każdego istotne było, aby chociaż na chwilę obolałe i opuchnięte stopy mogły odpocząć.
Ostatnie kilometry poprowadziły nas przez las za Pratkowicami do Krzętowa, gdzie przed 17:00 zakończyliśmy kolejny dzień pielgrzymowania. Warto dodać, że na moście w Krzętowie, czyli na granicy archidiecezji częstochowskiej, przez wiele lat pielgrzymów witał śp. abp Stanisław Nowak.
Pątnicy Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej Grup 17. byli w różnym wieku. Wśród nich byli także nastolatkowie, którzy wędrowali, aby za coś podziękować lub o coś poprosić. Reprezentantami tej grupy wiekowej byli m.in. Amelia i Hania.
– W tym roku idę na pielgrzymkę, aby podziękować za zdaną maturę i dostanie się na studia, a także prosić o siłę i wytrwałość na kolejny rok nauki – przyznała Amelia.
– Polecam pielgrzymowanie, ponieważ można poznać wartościowych ludzi i nawiązać trwałe relacje. Początkowo nie byłam przekonana, bo nie lubię chodzić, ale szybko zaczęło mi się podobać. Jest tutaj wielu młodych ludzi, dużo radości i dobre jedzenie – podsumowała Hania.
8. dzień – coraz bliżej celu
Następny poranek przyniósł kolejne wyzwanie. Pobudka o 4:30, Msza św. o 6:00, a wyjście na trasę o 7:15. Przed nami było aż 37 km drogi.
Szliśmy przez las przed Łazowem, następnie przez Silnicę i Sekursko, gdzie czekał na nas obiad. Drogi leśne nie były tak przyjemne, jak mogłoby się wydawać. Wiele odcinków prowadziło przez usłane szyszkami dukty. Były też trasy pełne niewygodnych, luźnych kamieni, co dla obolałych stóp stanowiło kolejne wyzwanie.
Po obiedzie ruszyliśmy przez Nową Wieś. Z każdym kilometrem byliśmy coraz bliżej celu, ale marsz stawał się też coraz trudniejszy. Upał i ostatnie dwa etapy asfaltowej drogi mocno dały się we znaki. Dla wielu ratunkiem okazała się podwózka służby medycznej do punktu noclegowego.
Grupa błękitno-biała dotarła do miejscowości Dąbek po godz. 18:00. Było to później niż zakładał plan. Dla większości osób był to ostatni nocleg na pielgrzymim szlaku.
9. dzień – ostatni etap
W piątek, 14 sierpnia, rozpoczął się ostatni dzień drogi. Z Dąbka wyruszyliśmy około 7:20. Przed nami pozostawało jeszcze 27,5 km, z czego mniej więcej połowa prowadziła przez tereny miejskie.
Pierwszym ważnym punktem były Krasice. Trasa prowadziła tam przez „Groby Pątnicze”. Później, przez kolejne sześć kilometrów, kierowaliśmy się ku Źródłom pod Mstowem. O godz. 10:45 uczestniczyliśmy w Mszy św., której przewodniczył metropolita częstochowski abp Wacław Depo. Hierarcha od wielu lat wita w tym miejscu pielgrzymów.
– Kiedy przybyłem do Częstochowy, wychodziłem naprzeciw siedemnastce biało-błękitnej. Uważałem wtedy, że ważne jest, aby Częstochowa udała się do źródła pielgrzymki paulińskiej, a następnie razem z warszawiakami i pielgrzymami z całej Polski przybyła na Jasną Górę. Jest to wzajemne obdarowanie. Najpierw jednak trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego i dokąd idę. Jak mówił Jan Paweł II, trzeba mieć świadomość celu, aby właściwie przygotować się do drogi i podjąć wysiłek potrzebny do jego osiągnięcia. Ludzie młodzi powinni stawiać sobie pytania i nie ograniczać się do tego, co proponuje świat. Powinni, jak zachęcał papież, wymagać od siebie więcej. Życzę, aby doświadczenie pielgrzymki było dla nich czasem wzrastania w prawdzie i łasce Bożej, która daje siłę do pokonywania trudności i zagrożeń – powiedział metropolita częstochowski.
W homilii abp Wacław Depo zestawił dwie drogi życia – św. Maksymiliana i zbrodniarza II wojny światowej Rudolfa Hössa. Prowadził tym samym do mocnego przesłania, które mówi, że człowiek może odejść, ale jego życie pozostawia po sobie albo świadectwo świętości, albo przestrogę.
– […] Rudolf Höss urodził się i wychował w rodzinie katolickiej, przyjął chrzest i sakramenty, a nawet był ministrantem. W pewnym momencie życia zamienił jednak wiarę w Boga na bezgraniczne posłuszeństwo Führerowi i stał się człowiekiem, którego historia zapamiętała jako sprawcę śmierci tysięcy ludzi. Maksymilian Kolbe od młodości pragnął całkowicie oddać się Bogu. W jego snach Maryja ukazała mu dwie korony – białą i czerwoną – a on przyjął obie. Jego życie zakończyło się męczeństwem, ale jego świadectwo przetrwało i uczyniło jego imię świętym i błogosławionym. Imię Rudolfa Hössa pozostaje natomiast przestrogą, że poza Bogiem nie ma prawdziwej przyszłości […] – głosił w homilii do pielgrzymów abp Wacław Depo.
Po Mszy św. przed nami była Przeprośna Górka. W tamtejszym lasku zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Wiedzieliśmy już, że to ostatnie godziny pielgrzymowania. Po wyjściu z postoju pielgrzymi rozpoczęli formowanie czwórek. Od tej chwili grupy szły już bardziej skupione i świadome, że za kilka godzin zobaczą cel swojej wielodniowej wędrówki.
Ostatnie 9,5 km prowadziło już w stronę Częstochowy, jednak na tym etapie świadomie opuściliśmy pieszą pielgrzymkę. Nadszedł bowiem czas, by się przygotować i przed Oblicze Cudownego Obrazu Matki Bożej przyjść w strojach ślubnych… Do tej decyzji poniekąd namówiła nas jedna z pielgrzymujących sióstr, argumentując, że takie wydarzenie można przeżyć w zasadzie tylko raz w życiu.
Po szybkim przebraniu się razem z Agnieszką dołączyliśmy do naszego legionu przy kościele św. Zygmunta w Częstochowie. Zostaliśmy bardzo ciepło przywitani przez naszych pielgrzymujących towarzyszy. Na sam szczyt wędrowaliśmy jeszcze ok. półtorej godziny, z przerwami na powitanie poprzedzających nas grup. Zmęczenie, które przez poprzednie dni towarzyszyło nam wszystkim niemal nieustannie, ustępowało miejsca radości i wzruszeniu. W tym momencie nie miało ono już większego znaczenia.
Największym osobistym wzruszeniem była dla mnie możliwość zaniesienia wszystkich intencji bezpośrednio pod Oblicze Maryi. Taki przywilej podczas pielgrzymki mają duchowni i pary młode.
Czy za rok udamy się na tę pielgrzymkę, mając świadomość całego bagażu tegorocznych doświadczeń? Bez zastanowienia odpowiem: TAK!
BNO
Fot. AN
Bogatą galerię zdjęć można znaleźć na facebookowej stronie WPP AG 17.









