Nowa normalność w parafii – rozmowy z duszpasterzami

Narodowa kwarantanna dotknęła wszystkich sfer życia Polaków. Dla osób wierzących szczególnie trudne były restrykcje dotyczące ograniczonej możliwości uczestniczenia w nabożeństwach w świątyni. Oddzieleni od sakramentów, w ważnym dla wiary okresie Wielkiego Postu i Wielkanocy, starali się ją praktykować za pomocą mediów. O tym jak wygląda sytuacja w parafiach po dwóch tygodniach od rozluźnienia restrykcji zapytaliśmy częstochowskich duszpasterzy.

Przypomnijmy jednak sobie najpierw, jak to wszystko się zaczęło. Od połowy marca dowiadywaliśmy się o kolejnych obostrzeniach. Odwoływane rekolekcje parafialne, pielgrzymki, spotkania. Kolejne komunikaty pasterzy odnośnie sposobu przygotowania świątyni i sprawowania kultu, mające na celu zapewnić bezpieczeństwo wiernym. Narastająca coraz bardziej atmosfera lęku, gdy pytaliśmy siebie czy kościoły nie zostaną całkowicie zamknięte jak we Włoszech. Napięcie w społeczeństwie wzrastało wraz kolejnymi hasłami #zostańwdomu i każdą zwrotką śpiewanych po Mszach św. suplikacji. O przemyśleniach z tego czasu mówi ks. Jacek Michalewski, proboszcz parafii św. Stanisława, Biskupa i Męczennika w Częstochowie.

– Kiedyś napisałem komentarz do Słowa Bożego z dnia i mówią nam oczywiście o naszych podstawowych potrzebach, czyli apteka, sklep, żeby kupić coś do jedzenia i mieć leki na co dzień, ale nikt się nie zastanawiał nad tym, że jest też przecież potrzeba duchowa, czyli to, co jest wewnątrz mnie. Bo ja mogę zjeść czy ci, którzy mają rodziny, mogą je wykarmić bez najmniejszego problemu, ale nikt się nie zastanowił nad tym, że człowiek potrzebuje umocnienia, takiej siły od Boga – powiedział kapłan. Pamiętam taką sytuację, miałem jeszcze telewizor i w którymś to momencie przeglądając programy, zauważyłem, że jest wystawienie Najświętszego Sakramentu i tu jakaś niemiecka telewizja, i tam przez cały dzień ten Najświętszy Sakrament był wystawiony. Pomyślałem sobie: Przepraszam, czy ja żyję w plastikowym świecie, takim, który po prostu nic mi nie daje, dla mnie jest to niezrozumiałe, jak ja mam się spotkać z Jezusem Chrystusem realnie? – spytał ks. Jacek. – To tak jak ja spotykam się z człowiekiem, my pragniemy tego spotkania. Bardzo konkretnie. Przez te obostrzenia, które się pojawiają, najpierw są jedne, potem one się zmieniają, i tak człowiek potrzebuje obecności. My potrzebujemy uścisku dłoni, potrzebujemy przytulenia, dla człowieka to jest tak bardzo istotne dzisiaj nie, bo jeśli się boi, to tak jakbyśmy wrócili do dzieciństwa. Proszę popatrzeć, kiedy dziecko się bało, to od razu leciało, żeby się przytulić do matki. I to nie było wirtualnie – stwierdził.

Nadeszła też pierwsza niedziela, kiedy być może po raz pierwszy w historii Polski praktycznie nie było w ogóle wiernych w świątyniach. Liczba osób, które mogły uczestniczyć w nabożeństwach została zredukowana najpierw do 50, potem jedynie do 5, nie licząc posługujących. Coraz bardziej docierało do wszystkich, że przeżywamy wielkie światowe rekolekcje, choć niektórzy dopatrywali się w tym znaku zbliżającego się końca świata. Widok papieża na pustym placu św. Piotra, jego przemowa o uczniach na łodzi, którzy boją się, że zginą i głos bijących dzwonów watykańskich w trakcie błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem poruszyły wielu.

O doświadczeniu odmowy wejścia ludziom do świątyni mówi ks. Remigiusz Lota, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Częstochowie:

– Wielu z nich było zdezorientowanych, przychodziło z takimi wystraszonymi oczami do drzwi, czy mogą jeszcze wejść, czasami trzeba było powiedzieć, żeby na następną Mszę przyszli, albo już nie – powiedział ks. Remigiusz.

Ks. Jacek Michalewski dodał:

– Przeżywają też problemy zetknięcia się z rodziną, przynosi też nowe problemy, bo się muszą uczyć siebie. Pamiętam też taka jedną rozmowę z jedną panią, młoda kobieta, bodajże 35 lat, i ona mówi, że ona nie wiedziała, że taki mąż jest na przykład, ale też uczy się dzieci, bo nigdy nie było tyle czasu na rozmowę. I ona słyszy ich pragnienia, słyszy o ich problemach, które przeżywają też jako dzieci. Można powiedzieć, że jest to błogosławieństwo dla każdej rodziny, może czasami też jest dla kogoś czymś trudnym, bo trzeba zrezygnować z siebie, nie? A w kościele potrzeba tego, żeby oni się gdzieś zatrzymali, zastanowili się, też nad sobą i szukali tego umocnienia – powiedział proboszcz parafii na Błesznie.

Wielkanoc 2020 – nikt z obecnie żyjących chyba takiej nigdy nie przeżył. Zamiast uczestniczyć w pięknych liturgiach w kościołach, wierni byli zgromadzeni przy telewizorach, radioodbiornikach, komputerach, tabletach i telefonach. Już trochę przyzwyczajeni do restrykcji, ale tym bardziej tęskniący – przecież to święta Zmartwychwstania, a świat od kilku tygodni zdawał się trwać w ciszy Wielkiej Soboty… Ks. Piotr Klekociński, wikariusz parafii św. Józefa, Rzemieślnika tak wspomina ten czas:

– Trudne były czasy, szczególnie te wielkanocne, kiedy ludzie przychodząc na nabożeństwa, chociażby na Triduum Paschalne, musieli usłyszeć odpowiedź, że nie mogą wejść do Kościoła i uczestniczyć w tych wszystkich nabożeństwach. Spotykało się to z różnym odzewem i były trudne chwile, kiedy gdzieś tam musieliśmy usłyszeć jakieś gorzkie słowa, ale z drugiej strony w posłuszeństwie właśnie trwaliśmy i odnosiliśmy się do tych wszystkich wytycznych państwowych i wytycznych episkopatu, wytycznych naszego Księdza Arcybiskupa – powiedział ks. Piotr. – Zadawałem sobie pytanie, jak to teraz będzie, czy ludzie będą wracali po tej epidemii, a może przyzwyczają się do tych wszystkich Mszy Świętych transmitowanych online czy w radio. Jest taka obawa, bo rzeczywiście gdzieś tam widać pomimo wszystko, że te obostrzenia się trochę luzują, niektórzy ludzie nie wracają – powiedział ze smutkiem. – Z drugiej strony ta nadzieja jest taka, że może po jakimś czasie zatęsknią za Panem Bogiem, zatęsknią za Komunią Świętą, zatęsknią chociażby za tym miejscem, gdzie można się wyciszyć, gdzie można zostawić te trudności w swoim życiu i od tak po prostu uklęknąć przed Panem Bogiem, a podczas Mszy Świętej usłyszeć Jego Słowo i przyjąć Jego Boskie Ciało do siebie – stwierdził.

Po Niedzieli Miłosierdzia wprowadzono nowe zasady dotyczące uczestnictwa we Mszy św. Od tego momentu ilość wiernych w świątyni została uzależniona od wielkości powierzchni budynku. Proboszczowie mieli za zadanie wyznaczyć liczbę wiernych licząc 1 osobę na 15 m2. Wierni mieli obowiązek uczestniczyć w liturgii w maseczkach. Dla księży i wiernych było to zupełnie nowe doświadczenie.

Wyglądali jak kosmici! – zażartował ks. Jacek Michalewski. – Chociaż jak głosiłem Słowo Boże to zwracałem się do nich i mówiłem: Nie widzę waszych uśmiechów, nie wiem czy się uśmiechacie, czy jesteście smutni, chociaż niektórzy mają takie wspaniałe oczy, że widać, że się uśmiechają, ale prosiłem. Wiadomo, że tutaj człowiek ciągle gdzieś w tym strachu jest, smutku, że to się wszystko dzieje wokół i widać, że ci, którzy przychodzą, poszukują umocnienia – powiedział.

– To było bardzo trudne, muszę powiedzieć, że trudnością było niektórych rozpoznać i na Mszy świętej bardzo lubię patrzeć, jak ludzie się uśmiechają – powiedział ks. Piotr Klekociński. – Niestety teraz w tych maseczkach nie widać, kto się uśmiecha, kto się złości. Jest to na pewno inne przeżycie. Jak rozmawiam ze starszymi osobami, to mówią: Proszę księdza, to jest nowe. Nigdy takich rzeczy nie przeżyliśmy. Więc no trudno się patrzy, trudno się patrzy na to wszystko, co się dzieje, i pytamy Pana Boga, kiedy to minie? Kiedy przyjdzie ta normalność? Kiedy wrócimy do tego normalnego życia? – spytał.

Ks. Jacek Michalewski stwierdził, że obecna sytuacja w jakiej znalazł się Kościół, może obudzić w ludziach autentyczny głód Boga.

– Dla mnie osobiście to jest droga dla Kościoła dzisiaj: na klęczkach, w poście, w modlitwie, przed Nim. To jest ratunek dla całego świata, bo to jest budowanie relacji tylko i wyłącznie z Nim. Nie prowadzi się ludzi o sznurku, że mam przyjść i dać im rybę, coś gotowego, pójdź, przyjdź, zachęcaj, nie. Ja uważam dzisiaj, że ludzie sami powinni wewnętrznie zapragnąć Jezusa Chrystusa, że zabrakło mi czegoś. Nie dlatego, że ich zapraszam, nie chodzi o jakieś eventy ewangelizacyjne, nie – stwierdził kapłan.

Jak powiedział ks. Remigiusz Lota, kapłani cieszą się z tego, bo ludzie wracają do świątyń.

– Cieszymy się bardzo. Pamiętam, w poniedziałek, w niedzielę jeszcze nie, ale w poniedziałek już trochę więcej ludzi do kościoła można było przyjąć i było ich dużo, to naprawdę na sercu zrobiło się cieplej, i pomimo że było tylko około dwudziestu osób, to czuło się, że to jest dużo, że zaczyna się coś odnawiać, ożywiać, ale teraz jest lepiej, dużo lepiej. Wczoraj np. było nabożeństwo majowe pierwsze no to się bałem, że już nie pomieścimy osób, było bardzo dużo osób na nabożeństwie, na Mszy świętej, to był też pierwszy piątek miesiąca, ale dzisiaj rano pierwsza sobota i znów bardzo dużo osób, więc to jest tak radosne i wierzę, że to nie jest tylko taka sama tęsknota, żeby przyjść do kościoła, ale jakaś głębsza, tęsknota też za Chrystusem, za Panem Bogiem, za jakimś życiem odnowionym w wierze – powiedział proboszcz parafii św. Stanisława Kostki. – Wierzę, że ludzie w domach mieli czas na refleksję, i przychodzą teraz do kościoła, i przychodzą też jakoś odnowieni, z jakimiś nowymi pragnieniami wobec Pana Jezusa, także i my duszpasterze i ludzie mamy takie dobre oczekiwania że to pomimo wszystko pomoże być bliżej Pana Jezusa i siebie nawzajem – podsumował ks. Remigiusz.

Przyłączamy się do głosu duszpasterzy, którzy za papieżem Franciszkiem i kard. Robertem Sarahem apelują do tego, aby nie wirtualizować Kościoła, ale wracać do uczestnictwa we Mszach św. i nabożeństwach w kościołach.

KG