Wojciech Kilar we wspomnieniach Zdzisława Sowińskiego

0014_17_0087Minął rok od śmierci Wojciecha Kilara  (zm. 29.12.2013) światowej sławy kompozytora, pianisty, twórcy muzyki poważnej i filmowej. Wojciecha Kilara wspomina w rozmowie z Aleksandrą Mieczyńską Zdzisław Sowiński, przyjaciel kompozytora, autor wielu jego zdjęć i filmu dokumentalnego „Wojciech Kilar. Credo”, który współreżyserował z Violettą Rotter-Kozerą.

Rocznica śmierci Wojciecha Kilara jest dla Ciebie na pewno czasem szczególnym.

– Każdy dzień po odejściu Wojciecha jest dla mnie szczególny, ale pierwsza rocznica to jest wyjątkowa szczególność. Zdałem sobie sprawę, jak czas szybko płynie.

Zdziwiło Cię, że to już rok?

– Tak, trochę mnie to zaskoczyło. Uczyniłem wszystko, aby właśnie w tym dniu przypomnieć, kto od nas odszedł rok temu, a odszedł człowiek wielkiej klasy, wielkiej wiary. Na spotkaniu z widzami w redakcji „Niedzieli”, po projekcji filmu o Kilarze, wybrzmiało sformułowanie, ze rodzimy się dwa razy, w sposób biologiczny i dla nieba. To jest takie optymistyczne, że nie umieramy, żyjemy wiecznie, a w przypadku Wojciecha Kilara pozostaje jeszcze stworzona przez niego muzyka. Jego dzieła są dla mnie także inspiracją do rozmowy o tym, jakim był człowiekiem. Są przecież wielcy artyści, u których z człowieczeństwem bywa różnie, a u niego to było spójne.

Był człowiekiem wiary, a Jasna Góra dla niego była miejscem szczególnym.

– Tak, rocznicowa Msza św., odprawiona została właśnie na Jasnej Górze, przez bp. Antoniego Długosza. Przyjechało też wiele osób ze Śląska, z którym był mocno związany, m.in. prezydent Katowic Marcin Krupa, Joanna Wnuk-Nazarowa…Pamiętają o Wojciechu Kilarze do dzisiaj. Pamięć o Kilarze jest na Śląsku niezwykle żywa. Wojciech Kilar pytany o to, jak chciałby być zapamiętany, powiedział, że chciałby pozostać w pamięci ludzi jako dobry człowiek.

I tak chyba został zapamiętany, nie tylko przez tych, którzy byli blisko z nim.

– Tak, pamiętam jego otwartość, bezpośredniość. On bardzo pracował nad sobą, na pewno zasługuje na miano dobrego człowieka. A przecież w życiu miał wiele pokus, był sławny, …czerwone dywany, pochlebcy wokół, blask fleszy. To wszystko często powoduje, że człowiek obrasta pychą. Wiele razy o tym ze mną rozmawiał, bardzo się tego lękał, mówił o tym, że pycha jest największym złem świata, miał świadomość pokus.

Biblia mówi o tym, ze pycha chodzi przed upadkiem. Wojciech Kilar bał się jej, ale pozostał świadomym swojej wartości, ale skromnym człowiekiem. Minął rok od jego śmierci, przyjdą kolejne rocznice…

– Ta pierwsza szczególna. Będą oczywiście kolejne, zawsze będę dbał, by tego dnia na Jasnej Górze odprawiono Mszę św. w intencji Wojciecha.

Brakuje Ci rozmów z nim?

– Bardzo mi brakuje. Kiedy był w szpitalu, mieliśmy taką czterogodzinną rozmowę, ostatnią z ważnych i kiedy odprowadzał mnie do windy powiedział, że jeszcze mamy wiele do zrobienia… Mieliśmy wspólne plany.Niestety, nie zostaną już razem zrealizowane. Ale sam staram się pamięć o Wojciechu Kilarze zachować, chcę wydać album poświęcony Kilarowi, wydany jak najstaranniej.

Masz archiwum zdjęć Wojciecha Kilara – i w sytuacjach oficjalnych i niemal prywatnych przez Ciebie podglądanego.

– Fotografowałem go ponad 30 lat. Pozwalał mi być przy sobie z aparatem fotograficznym w bardzo kameralnych sytuacjach. Ufał mi. Ja z kolei miałem cały czas świadomość, kogo fotografuję. Chciałem to robić jak najlepiej, ale też chciałem, by zdjęcia były jak najbardziej naturalne. Nie sugerowałem mu niczego, dbałem oczywiście o kompozycję, ale nie wymuszałem sztucznego zachowania. Te zdjęcia nie powstałyby, gdyby nie nasza przyjaźń. Oczywiście nie tylko ja go fotografowałem.

To dobrze, bo te zdjęcia są inne, różne, każdy przecież ma inne spojrzenie, inaczej patrzy.

– Tak. Natomiast ja miałem ten przywilej, że fotografowanie Wojciecha Kilara na Jasnej Górze zarezerwowane było dla mnie.

Zrobiłeś także film o Wojciechu Kilarze, pokazany w rocznicę śmierci kompozytora w redakcji tygodnika „Niedziela”. Ten film powstał krótko przed śmiercią Kilara.

– Pomysł tego filmu rodził się bardzo długo, od początku znajomości z Wojciechem. Kiedyś doszedłem do wniosku, że trzeba wykorzystać to, że coraz lepiej się znamy i warto zrobić film dokumentalny, aczkolwiek inni ludzie też robili z nim i o nim filmy. Chodziło mi o nieco inne spojrzenie.

Inne w jakim sensie?

– Wydawało mi się, że moja znajomość z Wojciechem stwarza szansę, że się bardziej otworzy. To się w efekcie potwierdziło. Ale lata mijały, film był tylko w planach. Wojciech zresztą był ochoczo nastawiony. Ja się bałem tego filmu, miałem świadomość odpowiedzialności. Zbliżała się 80 rocznica urodzin Wojciecha. Wiedziałem, że to był ostatni dzwonek, zwłaszcza widząc, że siły go opuszczają. W TV Katowice wszyscy już czekali na realizację. Znalazły się fundusze. Jak na nasze warunki duże. Szczęśliwy pojechałem do Wojtka. Nie mogłem wcześniej, bez pieniędzy nie było co zawracać głowy. Zajeżdżam, a on mówi, wiesz Zdzisiu, ja już postanowiłem, że nie będę brać udziału w projektach medialnych, filmach, wywiadach. Na skroni pojawił mi się lekki pot, bo nic na siłę. Niech się dzieje wola nieba, tak powiedziałem sobie w duchu. Ale powiedziałem mu: wiesz, że marzyłem o filmie o tobie, ale po twoim wstępie nie wiem, czy to będzie możliwe. Nastąpiła dłuższa chwila milczenia…W końcu Wojciech mówi: tobie nie mogę odmówić. Potwierdziła się nasza przyjaźń. Film powstawał w bardzo dramatycznych warunkach. Czułem, że powinien powstać na Jasnej Górze. Kilar był jak najbardziej za Jasną Górą, ale umawiamy się pierwszy raz, a on źle się czuje. W Łodzi omdlenie na ulicy, w Kielcach to samo. Drugi telefon, znów niemoc u Wojtka. W Telewizji się niecierpliwią. Napisałem nawet pismo, że w takim momencie zdrowia Wojtka nie powstanie ten materiał w planowanym kształcie… Trzecia próba nagrania Wojciecha i wreszcie tak, potwierdza, przyjeżdża, ekipa też przyjeżdża. Wysiada z samochodu, ale ma zawroty głowy. Pod rękę idziemy przez kuchnię klasztorną, do windy, żeby wyeliminować schody. Widzę, że nie jest z nim najlepiej. Chwilę odpoczął, nie chciałem mu zaszkodzić, ale widzę, że jak dziś nie zrobię, to nie zrobię wcale. Poprosiłem do współpracy Violetę Rotter-Kozerę, zwłaszcza mając świadomość, że mogę nie udźwignąć tego wszystkiego. A że Viola jest z wykształcenia muzykologiem, to ułatwiało sprawę. To był strzał w dziesiątkę, rzeczywiście odciążyła mnie od wielu rzeczy i zrobiliśmy wspólnie film. Nagranie w końcu się udało, zdjęcia zrobiliśmy w bibliotece. Byłem szczęśliwy, że się udało, ale miałem wyrzut sumienia maluteńki. Nic jednak nie było wymuszone.

Ten film żyje teraz własnym życiem. Jakbyś miał w kilku słowach określić Wojciecha Kilara, to co byś powiedział?

– Człowiek o niezwykłej inteligencji, trzeba było czytać między wierszami, bardzo wymagający, od siebie przede wszystkim. Bardzo trudno zawierał przyjaźnie. Tym cenniejsza była nasza znajomość. Był bardzo wierny sobie, co udowodnił wielokrotnie. Nigdy nie szedł na łatwiznę, tani populizm, będąc poprawnym politycznie. Wbrew wszystkiemu był wielkim samotnikiem. Nigdy nie chciał wpisać się w układy, które rozbiłyby jego wnętrze. W Trybunie Ludu ukazała się lista osób, które popierają stan wojenny. Nazwisko Wojciecha też tam figurowało. Wojciech skutecznie zarządał sprostowania. Przeproszono i usunięto jego nazwisko.

Był konsekwentny.

– Zakaz wykonywania jego utworów poszedł w eter. Zamknięcie rynku. W Radiu zero, koncertów zero. Przestał mieć źródło utrzymania.

Wiedział, że tak będzie. Zrobił to świadomie.

– Miał świadomość. Ale powiedziałem mu, Wojciechu jak wytrwasz to zwyciężysz, umrzeć ci nie damy. Nie szedł na żadną łatwiznę.

I takim Go zapamiętamy.