Waldemar Cudzik – częstochowski aktor na miarę “Narodowego”

waldemar cudzik fot_piotr dlubak

fot. Piotr Dłubak

Waldemar Cudzik z częstochowskim Teatrem im. Adama Mickiewicza związany jest od 1993 roku, ale jego miłość do teatru zaczęła się dużo wcześniej. Dla aktorstwa porzucił… geologię. I nie żałuje. W tym roku Waldemar Cudzik obchodzi 20-lecie pracy aktorskiej. Oficjalnie. Nieoficjalne wyliczenia są nieco inne, ale kto by wierzył liczbom?

Jest pan związany z częstochowskim Teatrem od roku 1993. Dobry to był/jest czas?
– Pewnie, że dobry. Każdy czas jest dobry. Teoretycznie obchodzę 20-lecie mojej pracy…

A praktycznie?
– Praktycznie to 30-lecie. Zaczęło się w Krakowie, jeszcze gdy byłem studentem geologii w Uniwersytecie Jagiellońskim. Całkiem przypadkiem, dzięki namowie kolegi, trafiłem do teatrzyku amatorskiego.

Jest pan wdzięczny temu koledze?
– Tak, jestem. To był teatrzyk Stygmator w Domu Kultury Kolejarza w Krakowie. Potem był paroletni okres ze studenckim Teatrem 38, wówczas dosyć znanym w Polsce. A potem szkoła teatralna. Po niej musiałem wyjechać do Opola i tam pracowałem dwa sezony, po czym przeniosłem się do Częstochowy.

Tak zostało i tak jest, bo czy tak będzie, to nigdy nie wiadomo. Przerwał pan dla teatru studia geologiczne. Teatr wygrał?
– Tak, zdecydowanie! To przede wszystkim zasługa Krakowa.

Atmosfery?
– Atmosfery, ludzi. Zacząłem się bardzo rozwijać. Zacząłem przede wszystkim namiętnie chodzić do teatrów oglądać spektakle. Powstała miłość. Udało mi się za drugim razem zdać do szkoły teatralnej.

Ta miłość trwa do dzisiaj?
– Trwa. Jest taka, jak w dobrym małżeństwie, starym już. Może nie tak entuzjastyczna i namiętna, ale jest.

Ta miłość trwa całe lata i nie wygląda na to, żeby się miała skończyć. O co więc jest oparta?
– Ten zawód daje niepowtarzalną szansę na zmiany. To nie jest praktycznie robienie przez cały czas tego samego. Chociaż monotonia też istnieje, pojawia się, ale czasami dzieje się dużo i to pozwala przetrwać następny okres.

Dzieje się dużo, choćby z tego powodu, że spektakle są różne, różna jest publiczność. Na przykład wiekowo. Gra się dla dzieci, gra się dla dorosłych. Dla kogo lepiej, przyjemniej?
– Coraz częściej chce mi się grać dla dzieci, które o wiele bardziej niż dorośli dają się ponosić temu, co odbywa się na scenie. Można je zaczarować, a one to pięknie przyjmują. Oczywiście, musi powstać w miarę dobry spektakl, żeby dzieci były w stanie się zaczarować. Z dorosłymi bywa różnie. Młodzież jest różna, dorośli też są różni, ale jest to publiczność, której zawsze trzeba służyć.

Aktorzy też są różni. Jak się pracuje w częstochowskim zespole?
– Dobrze się pracuje w częstochowskim zespole. Ostatnio pojawia się troszkę świeżej krwi. Pojawiają się aktorzy, którzy nie są na etacie, ale są przyjmowani z zewnątrz do jednorazowych spektakli – co, moim zdaniem, jest bardzo pozytywne.

Pojawia się element zmiany, który jest potrzebny w życiu.
– Dokładnie, bardzo potrzebny.

Kraków był na początku. Później teatralnie było Opole. Teraz teatralnie jest Częstochowa. Są różnice?
– Różnice polegają przede wszystkim na tym, że spotykam się z innymi ludźmi. To główny powód.

Dobry jest taki oddech? Wyjechanie gdzieś poza swój zespół?
– To tak, jak z wakacjami i urlopem. Jest niezbędny do tego, żeby móc czerpać energię, ładować ją na przyszłość.

Są osoby, które na wakacje wybierają się z reguły albo też zawsze w jedno i to samo miejsce.
– Są tacy ludzie. Bardzo często wracam też do tych samych miejsc, jeżeli chodzi o wakacje. Takie zmiany w życiu każdego aktora, ale nie tylko aktora, są konieczne i niezbędne do tego, żeby mieć otwarty umysł na przyszłość, na tworzenie czegoś nowego.

Otwarty umysł chyba każdemu jest potrzebny, niezależnie od tego, jaki zawód wykonuje. Jednak po co ten otwarty umysł jest potrzebny aktorowi?
– Po co jest potrzebny aktorowi? To jest ciekawe, bo są tak zwani aktorzy intelektualiści i aktorzy nieintelektualiści.

Cokolwiek to znaczy.
– Znaczy to, że są aktorzy, którzy pracują w ten sposób, że strasznie starają się analizować, zrozumieć, wydobywać jakieś siódme dno. A są i tacy, którzy przychodzą, pstrykają rękami i robią. Ja nie mówię, że oni są gorsi albo lepsi. Raz się jednym udaje, raz innym, ale są po prostu takie typy. Ja byłem prowadzony w szkole teatralnej przez profesor Anię Polony, która jest wybitnym aktorem intuicyjnym. Nigdy się zbyt długo nie zastanawiała, co i jak, tylko tak jak czuła, tak grała, a że była naturalna, to się to sprzedawało.

A jaki jest Waldemar Cudzik?
– Staram się to po niej odziedziczyć.

Można pana oglądać w wielu rolach. Między innymi w nieśmiertelnym „Mayday”. Nie mylą się panu drzwi w tym spektaklu?
– O dziwo nie. „Mayday” będzie istniał dopóki będą widzowie i dopóki my będziemy jeszcze żyć. To już 16 lat, o ile się nie mylę.

Andrzej Iwiński nie żyje.
– Bonifacy Dymarczyk też.

Spektakl się zmienia.
– Spektakl się zmienia z różnych powodów. Trzeba bardzo uważać przy graniu takich tytułów, które się gra już 400 raz, żeby nie zapomnieć o tym, co było na początku. Czasami jest to trudne. Zmienia się wszystko, ewaluuje i wymaga to od aktorów wiele samodyscypliny, żeby sobie nie odpuszczać.

Żeby nie popaść w rutynę, bo ona może być zgubna.
– Tak, jest to trochę męczące, niestety.

Ale z drugiej strony cieszy się pan, jeżeli publiczność chce oglądać spektakl?
– To jest niesamowite, cały czas są komplety i nie ma problemów ze sprzedażą na „Mayday”.

„Mayday” to farsa. Miałam okazję oglądać farsy w wykonaniu różnych teatrów i powiem tak, że w częstochowskim wydaniu ogląda mi się je z dużą przyjemnością.
– To patriotyzm lokalny.

Tak, jestem patriotką lokalną i nie wstydzę się tego. Chodzi mi o to, że wam, aktorom, udaje się utrzymać powagę, nie śmiać się z samych siebie. To chyba nie zawsze łatwe?
– Powaga w sensie tym, żeby nie podgrywać?

Tak, też. Nie podgrywać, nie śmiać się z samych siebie, jak to się fantastycznie zagrało.
– Oj, ale parokrotnie zdarzyło nam się tak, że nie byliśmy w stanie grać dalej. Trzeba było przerwać. No tak! To się tak zdarza, ale to nie ma nic wspólnego z podgrywaniem. To jest tak zwane ugotowanie, zgotowanie. Są takie chwile, kiedy wszyscy zaczynają płakać ze śmiechu.

Łącznie z publicznością.
– Łącznie z nią. „Mayday” jest tak skonstruowany, że pomyłka w sytuacji albo akcji powoduje, że nie da się ruszyć dalej. Tak było chyba dwukrotnie, że Adam Hutyra musiał wychodzić na scenę i powiedzieć: proszę państwa, musimy zacząć jeszcze raz, ponieważ nie da się jechać dalej. Zostało to przyjęte gromkimi brawami. Tam jest luz.

Oczywiście „Mayday” to jest tylko jeden ze spektakli, w których można pana oglądać. Można też pana usłyszeć śpiewającego. Lubi pan to?
– Nie, nie lubię śpiewać. To strasznie stresuje.

Nie chcę, ale muszę. Śpiewa pan ładnie.
– Jeżeli się podoba, to się cieszę. Dziękuję, ale ja wolałbym unikać tego.

No dobrze, to kto zmusza?
– Praca. Nie ma zmiłuj się. Jak człowiek jest obsadzony…

Jest wyzwanie?
– Oczywiście, że jest. Nie mam w zwyczaju odmawiania ról. Zdarzyło mi się to tylko raz w życiu. A więc jak muszę, to wtedy śpiewam.

A jakie jeszcze Waldemar Cudzik ma niezrealizowane marzenia? O czym marzy?
– Zrobiłem parę adaptacji bajek. To takie powieści dla dzieci. Z tego zrobiłem scenariusze. Może uda się to kiedyś zrealizować, zobaczymy. A marzeń konkretnych nie mam. Jak byłem młody, chciałem zagrać Kordiana, Hamleta. Potem się wszystko zmieniło i już wiem, że nigdy tego nie zagram, ale wcale tego nie żałuję. Teraz jest nadzieja, że może jeszcze kiedyś wydarzy się coś ciekawego.

A jak wygląda życie pozateatralne? Na przykład odpoczynek?
– Odpoczynek czynny, rower, bieganie, pływanie. Potrafię siedzieć godzinami na górce czy na łące i patrzeć. Przyroda jest cudowna i uspokaja.

Dziękuję za rozmowę.
– Dziękuję i zapraszam wszystkich do teatru.

Rozmawiała Aleksandra Mieczyńska